Częścią tej pożegnalnej trasy zespołu, w której wzięli udział John "Ozzy" Osbourne, Tony Iommi i Terence "Geezer" Butler był koncert "Paranoid" w krakowskiej Tauron Arenie, który odbył się 2 lipca ubiegłego roku. Do najbardziej znanego, pierwotnego składu brakowało tylko Billa Warda, który nie wziął udziału w przedsięwzięciu.

 

Pierwszy z pożegnalnych występów odbył się w Omaha w stanie Nebraska (USA).

 

Fani liczą, że to jeszcze nie koniec. Mają w pamięci płytę "13" sprzed czterech lat. Tony Iommi, u którego niedawno wykryto chłoniaka, stwierdził ostatnio, że będzie tęsknić za sceną, choć zdrowie już nie to. Może więc jest szansa na kameralne, klubowe granie.

 

Gitarzysta powiedział także, że zamierza nadal tworzyć muzykę i ją wydawać.

 

Ozzy Osbourne zapowiedział własną, solową płytę. Pozostali muzycy nie zdradzili jakie mają plany.

 

A tak wyglądało pożegnanie kilkunastu tysięcy zgromadzonych na koncercie fanów z legendą heavy metalu w Birmingham po 39 latach kariery:

 

 

 

Na koniec zagrali jedyny bis: "Paranoid", legendarny utwór, który znalazł się na liście numerów wszch czasów magazynu "Rolling Stone":

 

 

Słynna brytyjska grupa powstała w 1968 roku, jej twórcy byli wtedy paczką nastolatków, kumpli z podwórka. Niskie brzmienie zespołu wzięło się od obrażeń, jakich doznał w wypadku Tony Iommi. Muzyk stracił w wypadku opuszki palców prawej dłoni, a granie sprawiało ból. Gitarzysta skonstruował naładki z tworzywa sztucznego na palce, a potem, gdy granie sprawiało mu zbyt duży ból, zaczął stroić instrument niżej.

 

W ciągu 39 lat zespół grał w licznych składach, w tym koncertowych, a nawet zmieniał nazwę, jednak fani zawsze używali tylko jedenj: "Black Sabbath". Przez zespół przewinęło się kilkudziesięciu muzyków.

 

polsatnews.pl