Opancerzony samochód, którym podróżował Andrzej Duda, miał założone opony, które pozwalają na jazdę w ekstremalnych warunkach. Dzięki czujnikom, kierowca powinien wiedzieć, że opona jest uszkodzona i można kontynuować podróż tylko z prędkością 80 km/h. Jak donosi "SE", śledczy ustalili, że 4 marca 2016 r. taki komunikat pojawił się aż trzykrotnie.


W takiej sytuacji kierowca powinien zakończyć podróż oraz wezwać sprawny samochód, w którym prezydent mógłby bezpieczne kontynuować jazdę.

 

Komunikat zlekceważony trzykrotnie

 

Kierowca wiozący głowę państwa komunikat o awarii miał zlekceważył. Alarm został trzy razy skasowany. Oprócz prezydenta w aucie jechał również szef jego ochrony Bartosz Hebda. Śledczy zbadają, kto resetował komunikat oraz kto podjął taką decyzję.


- Jeśli informacje te się potwierdzą, to odpowiedzialność za wypadek prezydenckiej limuzyny z 4 marca spadnie na kierowcę samochodu oraz szefa osobistej ochrony - powiedział "SE" były szef BOR Mirosław Gawor.

 

Nikomu nic się nie stało 

 

W czasie przejazdu prezydenckiej kolumny autostradą A4 w okolicach Lewina Brzeskiego (woj. opolskie) w samochodzie prezydenta uszkodzeniu uległa opona. Auto wpadło w poślizg i zjechało z trasy do płytkiego przydrożnego rowu.

 

Prezydentowi ani żadnej z towarzyszących mu osób nic się nie stało. Andrzej Duda jechał do Wisły, aby obejrzeć tam konkurs skoków narciarskich.


Super Express, polsatnews.pl