Wojtaczka podkreślała, że na początku wyprawy zastanawiała się jeszcze np. nad sprawami domowymi. - Potem już nie byłam w stanie się na tym skoncentrować. Zajmowała mnie tylko droga. Jak był trudny teren, to musiałam się zastanawiać, którą stroną  pójść, jak ominąć zastrugi, czyli śnieżne wydmy – wspominała.

 

Im bliżej bieguna, tym bardziej odczuwała trudy wyprawy. - Po pierwsze zmęczenie organizmu, a  po drugie coraz  niższe temperatury – wymieniała.

 

Mówiła też, że krajobraz Antarktydy można określić jednym słowem – majestat. – Ono bardzo dobrze pasuje – podkreślała.

 

– Nie spotkałam tam nikogo, nie ma tam też żadnych zwierząt. Zupełna pustka. Tylko ja i przyroda – mówiła.

 

"Cały czas się denerwowałem"

 

W studiu gościem był także kpt. Piotr Kuźniar, koordynator wyprawy.

 

- Małgosia była pomysłodawcą tej wyprawy i to wszystko napędzała, ale przecież wszystkiego sama nie była w stanie zrobić. Trochę trzeba było zrzucić na innych – opowiadał.

 

- Cały czas się denerwowałem, ale wiedziałem, że da radę - podsumował.

 

100 kg sanie

 

Małgorzata Wojtaczka jest pierwszą Polką i jedną z niewielu kobiet na świecie, która dotarła do Bieguna Południowego samotnie, bez asysty. Jej marsz na Antarktydzie trwał 69 dni. 51-letnia wrocławianka pokonała cały dystans, ciągnąc za sobą ważące około 100 kg sanie.

 

Pierwszą kobietą, która bez asysty dotarła do tego miejsca po 50 dniach marszu, była w 1994 roku Liv Arnesen. Norweżka miała po drodze cały czas dobrą pogodę. Wojtaczka wybrała tę samą, klasyczną trasę, długości w linii prostej 1200 km. Omijając m.in. szczeliny, pokonała w sumie 1300 km.

 

polsatnews.pl