Wcześniej na ten temat wypowiadał się także przyszły szef personelu Białego Domu Reince Priebus, który w wywiadzie radiowym zapewnił, że codzienne briefingi prasowe i telewizyjne wymagają zmian. - Myślę, że czas ponownie przemyśleć wiele z tego, co było robione w Białym Domu i mogę was zapewnić, że nadchodzą zmiany - powiedział.

 

Te zapowiedzi spotykają się z oporem ze strony dziennikarzy i komentatorów politycznych, którzy obawiają się, że ograniczenie przepływu informacji może wiązać się z zaburzeniem dostępu do informacji.

 

Nie tylko przez Twittera

 

- Zaczynanie od propozycji, aby codzienne briefingi nie odbywały się codziennie w takim formacie jak teraz, jest dla mnie początkiem równi pochyłej - powiedział Scott Wilson, krajowy wydawca "The Washington Post", który był korespondentem Białego Domu za czasów prezydentura Obamy. - To stanowi wartość, kiedy w formalny sposób przedstawiane jest stanowisko Białego Domu i można się do niego ustosunkować albo je zarchiwizować - wyjaśnił.

 

Dziennikarze zarzucają także prezydentowi elektowi USA, że od lipca nie zorganizował żadnej konferencji prasowej, a o swoich działaniach informuje Amerykanów przez Twittera.

 

- Myślę, że Biały Dom powinien wyjaśniać swoje stanowisko i argumentować je, używając do tego więcej niż 140 znaków (ograniczenie długości postu na Twitterze - red.) - ocenił Mike McCurry, który był sekretarzem prasowym w połowie lat 90., za prezydenta Billa Clintona.

 

"Nie wpuszcza do samolotu"

 

To nie jedyne zarzuty dziennikarzy wobec Donalda Trumpa. Wielu z nich wskazuje, że prezydent elekt ma wrogi stosunek do mediów i w żaden sposób nie przestrzega protokołu regulującego stosunki administracji państwowej z prasą i telewizją. Wskazują, że Trump nie pozwala dziennikarzom latać ze sobą, kiedy pokazuje się gdzieś publicznie. Nie wpuścił dziennikarzy do samolotu nawet wtedy, kiedy leciał do Białego Domu na pierwsze spotkanie z Barackiem Obamą.

 

New York Times