Pani Katarzyna i Robert Gęgotkowie byli małżeństwem od 2002 roku. Razem wychowywali chorego na autyzm 11-letniego Maćka i cierpiącego na niedosłuch 9-letniego Adama. Oczekiwali narodzin trzeciego syna, Filipa. 15 maja, w 33. tygodniu ciąży rozpoczął się dramat pani Katarzyny.

 

- Córka do mnie zadzwoniła i mówi, że ma skurcze i jest u ginekologa - wspomina Barbara Komendera-Świątek, matka Katarzyny.

 

Kilka dni czekali na sekcję zwłok


38-letnia kobieta trafiła do szpitala im. Starkiewicza w Dąbrowie Górniczej, gdzie czekała na rozwiązanie ciąży. 17 maja ok. godz. 16 urodziła syna. O 19 już nie żyła. Rodzina zgłosiła sprawę do prokuratury, ponieważ szpital przez kilka dni nie zrobił sekcji zwłok kobiety.

 

- Zadzwoniła po porodzie, że urodziła syna, że ją boli i czeka na zastrzyk przeciwbólowy. Za jakiś czas, nie pamiętam za ile, dzwoniłem, to już nie odbierała - opowiada Robert Gęgotek.

 

- A ona już w tym czasie była reanimowana. Pielęgniarki, które tam były, dopiero zauważyły, że coś się dzieje, gdy jej ręka opadła, a białka oczu były blade. Dopiero się zrobił rwetes - dodaje matka pani Katarzyny.

 

Wyniki sekcji zwłok są zatrważające. Pani Katarzyna zmarła, ponieważ w brzuchu miała dwa litry krwi. Dlaczego? Lekarz operujący kobietę podczas cesarskiego cięcia uszkodził tętnicę maciczną pacjentki.

 

- Jednoznacznie stwierdzone jest, że przyczyną śmierci pokrzywdzonej był masywny krwotok wewnętrzny wywołujący wstrząs hipowolemiczny, ten z kolei został wywołany wadliwie przeprowadzonym zabiegiem cesarskiego cięcia – wyjaśnia Ireneusz Kunert z Prokuratury Regionalnej w Katowicach.

 

Rozbieżności co do stanu pani Katarzyny

 

- Mogę pani tylko powiedzieć, że sprawa sądowa jest w toku. Nie mam nic w tej sprawie do powiedzenia - oświadczył dr Zbigniew R., który operował panią Katarzynę.

 

- Jak zeznawała pielęgniarka, ciśnienie było bardzo dobre i tętno dobre. Tymczasem  anestezjolodzy, którzy ją reanimowali, powiedzieli: brak ciśnienia, tętno niewyczuwalne - opowiada matka pani Katarzyny.

 

- To nieprawdopodobne, żeby tętno i ciśnienie były wręcz książkowe, żeby ten stan załamał się nagle i bez żadnego uzasadnienia – dodaje Jolanta Budzowska, pełnomocnik rodziny.

 

Sam z trojgiem dzieci

 

43-letni pan Robert został sam z trojgiem małych i chorych dzieci. Rodzice pani Katarzyny pozwali szpital o odszkodowanie i rentę. Jego dyrekcja nie chce komentować sprawy. A pytań jest wiele, w tym te najważniejsze: dlaczego nikt z personelu nie zwrócił uwagi na pogarszający się po operacji stan pani Katarzyny.

 

- Został sam z trojgiem dzieci, a pracować musi. W dodatku pracuje na zmiany. Zięć stara się jak może, na pierwszym miejscu są dzieci. Stara im się zapewnić jakieś dzieciństwo, zresztą przysięgłam przy trumnie córki, że pomogę wychować i wykształcić dzieci - mówi pani Barbara.

 

Mąż pani Katarzyny walczy w sądzie o ok. 5 tys. zł renty na troje dzieci oraz odszkodowanie i zadośćuczynienie na każde dziecko.

 

- To bodajże po 400 tys. zł - mówi. - Wolałbym, żeby żona wróciła, niż te pieniądze - dodaje.

 

Interwencja, Polsat News