15-letni syn kobiety był leczony w dziecięcym szpitalu w Indianapolis na białaczkę od sierpnia. Po pierwszej terapii został zwolniony ze szpitala, ale wrócił do niego już na początku września - z gorączką, wymiotami i biegunką.

 

Wpadła dzięki monitoringowi

 

W listopadzie w szpitalu po badaniach krwi 15-latka okazało się, że w organizmie chłopca znajdują się bakterie, które normalnie występują w odchodach. Wywołały infekcję. Ponieważ dalsze badania diagnostyczne nie pozwoliły na ustalenie jej źródła, personel szpitala zaczął nagrywać to, co dzieje się w sali chłopca.

 

Wtedy wyszło na jaw, że jego matka wstrzykuje do kroplówek nieznaną substancję.

 

Kobieta początkowo twierdziła, że wstrzykiwała synowi do kroplówek wodę. Później przyznała, że były to jej własne odchody, które trzymała od 13 listopada w torebce prezentowej w łazience przynależnej do pokoju jej syna.

 

41-latka usłyszała kilka zarzutów, w tym spowodowania poważnych obrażeń na ciele swojego dziecka.

 

Lekarz zajmujący się chłopcem przyznał, że z powodu działań matki, 15-latek nie mógł być skutecznie leczony w okresie najlepszym do remisji białaczki. Dodatkowo mógł umrzeć z powodu wstrząsu septycznego lub z powodu samej białaczki, ze względu na opóźnienia w terapii.

 

polsatnews.pl, CNN