"Bohater czy satrapa; być może jeden i drugi, ale przede wszystkim (...) legenda" - pisze o zmarłym w piątek wieczorem kubańskim przywódcy "La Vanguardia". "Ameryka Łacińska traci fundament swojej historii, lewica z całego świata żegna jedną ze swoich największych ikon od lat 50. ubiegłego wieku, a świat - jednego z najbardziej energicznych i kontrowersyjnych przywódców ostatnich lat" - czytamy w tym barcelońskim dzienniku.

 

W ocenie "La Vanguardii", "Kuba bez Fidela Castro nie będzie na razie znacząco odmienna od tej, jaką jest od momentu jego wycofania się (z polityki) 10 lat temu". Ta śmierć powoduje "ogólne poruszenie (...); niektórych z 10 milionów mieszkańców wyspy (...) smuci, podczas gdy innych pozostawia obojętnymi" - czytamy w gazecie.

 

"Rozbudzone oczekiwania zmian gospodarczych"

 

"Możliwe, że teraz rozbudzą się wszelkiego rodzaju oczekiwania wobec ewentualnego przyspieszenia zmian gospodarczych, które od 2008 roku promuje (prezydent Kuby, brat Fidela - red.) Raul Castro, a przede wszystkim wobec hipotetycznego otwarcia politycznego w stronę demokracji wielopartyjnej. Spokojnie. Reformy gospodarcze w żadnej mierze nie zależą od tej śmierci" - podkreśla "La Vanguardia". Zdaniem gazety "wiążą się one ze zdecydowanymi finansowymi potrzebami wyspy, jak również z korzyściami, jakie mogą otrzymać amerykańskie oraz europejskie firmy w zamian za inwestycje na Kubie" mimo "jak na razie drakońskich, często niejasnych i ogólnie niepewnych" zasad wprowadzanych przez kubańskie władze. "Nie zapominajmy o jednym: (nowy prezydent USA) Donald Trump może być radykalnym politykiem, ale przede wszystkim jest biznesmenem" - podkreśla "La Vanguardia".

 

W ocenie dziennika, "jeśli chodzi o możliwą i pożądaną transformację polityczną, teren ten jest jeszcze zbyt śliski, by coś prognozować". "Przede wszystkim Raul Castro obiecał przekazać w 2018 roku władzę młodszemu pokoleniu (...). Na najlepszej pozycji jest pierwszy wiceprzewodnicząc Rady Państwa Miguel Diaz-Canel. Nie można jednak wykluczyć walki o władzę, w której zarówno wojskowi, jak i stara gwardia partyjna, mogą zaproponować inne nazwiska, bliższe ich własnym interesom" - pisze "La Vanguardia".

 

Jeśli chodzi o samych mieszkańców wyspy - czytamy w gazecie - "dużo bardziej przejmują się oni problemami swojego życia codziennego niż transformacją polityczną". "Jest oczywiście wielkie pragnienie wolności. Ale w tej kwestii należy wykonać ogromną pracę. Przede wszystkim z powodu braku - na dzisiaj - opozycji, nie tyle już zorganizowanej, co choćby minimalnie zarysowanej. Środowisko dysydentów jest wciąż zbyt podzielone" - konstatuje "La Vanguardia".

 

Śmierć "bez wpływu na rzeczywistość na wyspie"

 

Z kolei w "El Pais" kubański historyk Rafael Rojas ocenia, że gdyby Fidel Castro zmarł 10 czy 15 lat temu, byłby zupełnie inną postacią historyczną, niż ta, która dziś pożegnała się ze światem. Rojas wskazuje, że "gdy poważna choroba jelit zmusiła go latem 2006 roku do oddania władzy, ten kubański polityk stał się kimś zupełnie innym niż osoba, którą był od czasu zorganizowania ataku na koszary Moncada w 1953 roku", co rozpoczęło jego drogę do władzy. "Ten, który dziś zmarł, to cień lub widmo tamtego" człowieka - ocenia historyk. "Dzisiejsza żałoba, to karykatura innej, głębszej, obecnej w duszach Kubańczyków od połowy ubiegłej dekady" - zauważa Rojas.

 

"Biologiczna śmierć Fidela nastąpiła kilka lat po jego śmierci politycznej - podkreśla Rojas. - Nie powinna mieć większego wpływu na rzeczywistość na wyspie".

 

"Lewica Ameryki Łacińskiej traci swój mózg"

 

Natomiast w komentarzu "El Mundo" czytamy, że z odejściem Castro "najbardziej radykalna lewica Ameryki Łacińskiej traci swój mózg".

 

W innym artykule w tym dzienniku kubański artysta, który uciekł z wyspy w 1980 roku, Juan Abreu, pisze o swojej radości i uldze na wieść o śmierci przywódcy rewolucji kubańskiej. "Fidel Castro był (...) człowiekiem z legionem zmarłych za plecami" - tłumaczy autor, wspominając jednocześnie o swoim "smutku z powodu naszej klęski, bo człowiek ten zmarł spokojnie w łóżku, otoczony swoimi bliskimi, w odróżnieniu od milionów jego ofiar rozsianych po całym świecie (...). W odróżnieniu od dziesiątków tysięcy Kubańczyków, którzy utopili się w Cieśninie Florydzkiej, usiłując zbiec przed jego dyktaturą, jego więzieniami i jego kretynizmami".

 

"Ale obawiam się, że dzisiejszy dzień nie będzie dniem wielkiej radości w światowej prasie, bo jak wiadomo anonimowe ofiary nie cieszą się przywilejami ani zainteresowaniem światowych mediów, które generalnie zachowują całą swoją przestrzeń (...) dla lewicowych tyranów - podkreślił Abreu. - Ale my, wygnani Kubańczycy jesteśmy już tak przyzwyczajeni do milczenia, a nawet lekceważenia ofiar Castro ze strony wolnej prasy, że nie sądzę, by to choć odrobinę zmniejszyło naszą radość".

 

Według tego kubańskiego dysydenta "śmierć Fidela Castro jest przede wszystkim wydarzeniem oczyszczającym". "Świat jest dziś czystszy i lepszy, odkąd nie ma na nim tego mordercy" - pisze Abreu w "El Mundo".

 

PAP