We wtorek T. (jako "osoba prywatna" nie zgodził się na podawanie swego nazwiska przez media) zeznawał w Sądzie Okręgowym w Warszawie jako świadek w procesie b. szefa Kancelarii Prezesa Rady Ministrów Tomasza Arabskiego i czworga innych urzędników - oskarżonych w trybie prywatnym przez część rodzin ofiar katastrofy smoleńskiej o niedopełnienie obowiązków przy organizacji wizyty prezydenta Kaczyńskiego.

 

68-letni T. był szefem wydziału politycznego ambasady RP w Moskwie, w randze ambasadora tytularnego. Uczestniczył w przygotowaniach wizyty, a 10 kwietnia 2010 r. był na płycie lotniska w Smoleńsku.

 

- Usłyszałem bardzo silny ryk silników, po czym myślałem, że samolot wylądował, ale potem zapadła cisza, która była przerażająca - mówił T. - To był dla mnie sygnał, że coś się stało" - dodał. Wsiadł do auta i pojechał w stronę, skąd wcześniej było słychać silniki. W pewnym momencie towarzysząca mu pani z ambasady spytała: "co to za manekiny leżą?". "Zobaczyłem, że to są pokiereszowane ludzkie ciała. Powiedziałem, że to ofiary katastrofy - zeznał T. Zakazał jej robić zdjęcia.

 

- Poleciłem, by ze względów etycznych i szacunku dla ofiar i ich rodzin, ograniczyć dostęp dziennikarzy na teren katastrofy - zeznał T. Dodał, że nie jest właściwe, by telewizje "robiły sobie na tym newsa, a kręcenie się osób postronnych po terenie katastrofy byłoby dodatkowym utrudnieniem".

 

"Zwracaliśmy uwagę, że nie ma tam zabezpieczeń pasa startowego"

 

Pytany, czy w 2010 r. znał status tego lotniska, T. odparł, że było to zawsze lotnisko wojskowe. - Zwracaliśmy uwagę, że nie ma tam zabezpieczeń pasa startowego, systemów paliwowych i agregatów prądotwórczych, wobec czego lądowanie grupy przygotowującej wizytę premiera jest niemożliwe - zeznał. - Potem Rosjanie oświadczyli, że lotnisko będzie od 7 do 10 kwietnia otwarte i w pełni sprawne - dodał T. Przedstawił sądowi swą przepustkę, wydaną przez Federalną Służbę Ochrony na lotnisko na te dni.

 

Ponadto T. mówił, że Rosja złożyła propozycję wysłania tzw. lidera - czyli rosyjskiego nawigatora, który byłby obecny w Tu-154M. - Pod koniec marca 2010 r. ambasada dostała informację od sił powietrznych, że załoga zna dobrze rosyjski i zna procedury lądowania, wobec czego obecność lidera nie jest potrzebna - dodał T.

 

T. zeznał, że nie był wprowadzony w stan przygotowań do wizyty prezydenta. Według niego status tej wizyty jest "bardzo trudny do określenia w konwencjonalnych terminach". Dodał, że wizyta Donalda Tuska była państwowa, a wizyta L. Kaczyńskiego była "wizytą głowy państwa w związku z rocznicowymi obchodami w Katyniu".

 

Pytany, czyim obowiązkiem było przygotowanie wizyty L.Kaczyńskiego na miejscu, T. odparł, że w trakcie spotkań przygotowawczych strona rosyjska przyjęła na siebie obowiązki ws. bezpieczeństwa i transportu. - To normalna procedura, że kraj przyjmujący osobę najwyższą zapewnia wszelkie warunki obsługi, zaczynając od bezpieczeństwa, poprzez transport, a kończąc na sprawach typu zakwaterowanie etc. - dodał T.

 

"Brak procedur na wypadek katastrofy masowej"

 

Zapytany, czym się różniły wizyty Tuska i L. Kaczyńskiego, T. odparł, że "stopień zabezpieczenia obu wizyt przez FSO, rosyjski odpowiednik BOR, był taki sam". - Zapewnili dostawę samochodu opancerzonego, przeprowadzili kontrolę tras przejazdowych i nawiązali kontakt z BOR - zeznał. Sprawdzanie działań rosyjskich służb wymagałoby zaangażowania polskich służb - dodał.

 

- Słabością struktur państwowych był brak procedur na wypadek katastrofy masowej i musieliśmy improwizować - powiedział T., dodając, że było to dla niego "szokujące". Podkreślił, że widział, jak funkcjonariusze rosyjskiego Ministerstwa Spraw Nadzwyczajnych wykonywali funkcje według procedur, a Polska wtedy ich nie miała.

 

Na pytanie pełnomocnika oskarżycieli prywatnych mec. Stefana Hambury, czy miał związek z Agencją Wywiadu, T. odpowiedział: "Ani nie potwierdzam, ani nie zaprzeczam, bo do dziś obowiązuje mnie tajemnica państwowa".

 

5 grudnia zeznania Jacka Sasina

 

T. przyszedł do sądu z pełnomocnikiem mec. Mikołajem Pietrzakiem. Pytany przez sąd o zawód, przedstawił się jako "emeryt, filolog, teolog". Jego adwokat przedstawił sądowi zaświadczenie lekarskie nt. T., którego treści nie ujawniono. Zarazem, z powodu złego zdrowia T., mec. Pietrzak wniósł o ograniczenie czasu przesłuchania do godziny, na co sąd się zgodził, zeznawał on na siedząco. T. ma być ponownie wezwany.

 

Proces odroczono do 5 grudnia, kiedy ma zeznawać Jacek Sasin, ówczesny pracownik kancelarii prezydenta; dziś poseł PiS.

 

T. zeznawał w 2015 r. na procesie gen. Pawła Bielawnego, b. wiceszefa BOR skazanego w czerwcu br. na 1,5 roku więzienia w zawieszeniu za nieprawidłowości w ochronie wizyt premiera i prezydenta w Smoleńsku 7 i 10 kwietnia 2010 r. Mówił on wtedy, że od lutego 2010 r. po rozmowie z sekretarzem Rady Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa Andrzejem Przewoźnikiem było wiadomo, że w kwietniu dojdzie do dwóch osobnych wizyt - Donalda Tuska i Lecha Kaczyńskiego. - Organizacja wizyty prezydenta w Katyniu z punktu widzenia ambasady nie odbiegała od organizacji podobnych wizyt - oceniał.

 

T. zeznał też wtedy, że gdy 10 kwietnia w Smoleńsku lądował Jak-40 z dziennikarzami, warunki były jeszcze w miarę dobre, ale potem ulegały pogorszeniu. - Już wtedy rozmawiano, że lepiej, aby Tu-154 wylądował na lotnisku zapasowym w Mińsku lub Witebsku. Komentowano: nie musieliby nawet wysiadać z samolotu, bo za 40 minut mgła w Smoleńsku się podniesie i będzie można przylecieć do Smoleńska - relacjonował.

 

W ówczesnych zeznaniach T. odniósł się też do twierdzeń, jakoby trzy osoby przeżyły katastrofę. Jak mówił, był jedną z pierwszych osób na miejscu katastrofy, gdzie od funkcjonariuszy rosyjskich zabezpieczających miejsce usłyszał, że trzy osoby dawały "żiznyje refleksy", co przetłumaczył jako "bezwarunkowe odruchy, możliwe nawet u osoby od niedawna nieżyjącej". - Potem jakiś pracownik telewizji przechodzący obok powiedział, że "trzy osoby przeżyły katastrofę i T. pojechał z nimi do szpitala". Odpowiedziałem mu, że T. to ja i nigdzie nie pojechałem - relacjonował świadek.

 

Był podejrzany o kłamstwo lustracyjne

 

T. był podejrzany przez pion śledczy IPN o to, że w oświadczeniu lustracyjnym zataił, iż był tzw. nielegałem wywiadu PRL, skierowanym w 1975 r. jako oficer wywiadu do zakonu jezuitów w Watykanie. W 1984 r. miał wystąpić z zakonu, ale pozostał w wywiadzie PRL.

 

Po pozytywnej weryfikacji w 1990 r., w 1993 r. zaczął pracę w MSZ, co - według mediów - miało być "przykrywką" dla działalności w wywiadzie, w którym był na etacie do 2007 r. Media podawały, że odszedł wtedy na emeryturę jako oficer Agencji Wywiadu, ale pozostał jego współpracownikiem. W 2007 r. za rządów w MSZ Anny Fotygi otrzymał stopień dyplomatyczny ambasadora tytularnego. Funkcję w ambasadzie w Moskwie objął w lutym 2010 r.

 

Gdy w grudniu 2010 r. IPN wystąpił do sądu o lustrację T., MSZ ogłosiło, że kończy on misję w Moskwie. Jego dymisję "w trybie natychmiastowym" przyjął szef resortu Radosław Sikorski.

 

Początkowo Sąd Okręgowy w Warszawie uznał T. za "kłamcę lustracyjnego”, ale w 2012 r. Sąd Apelacyjny w Warszawie prawomocnie oczyścił go z zarzutu IPN, uznając że jego sprawa w ogóle nie powinna być przedmiotem postępowania lustracyjnego.

 

PAP, Polsat News