Praktycznie od momentu, gdy stało się jasne, że następcą Baracka Obamy zostanie Trump, a nie Hillary Clinton, w Stanach Zjednoczonych dochodzi do manifestacji i protestów. Przeciwnicy Republikanów regularnie ścierają się z policją i wyrażają swój sprzeciw wobec wyniku wyborów.

 

Ta akcja zdaje się być jednak największą z dotychczasowych. Wydarzenie, które nazwano na początku "Million Women March on D.C." przekształcono obecnie na "Women's march on Washington". Mają w nim wziąć udział głównie "kobiety, dla których ostatnie głosowanie było czymś więcej, niż po prostu wyborami".

 

- Oprócz prezydentury Trumpa chcemy skupić się także na samej kwestii rzucenia światła na problemy dot. praw kobiet, ich wykorzystywania seksualnego oraz dyskryminacji w miejscach pracy - powiedziała stacji CNN jedna z organizatorek wydarzenia Fontaine Pearson.

 

Kobiety wybrały Clinton

 

Essie Labrot dodała natomiast, że na "przyszłotygodniowy protest zaproszeni są wszyscy ci, dla których ważne są prawa kobiet i nie tylko". - Mile widziani są wszyscy chcący wesprzeć m.in. imigrantów, społeczności LGBTQ, ochronę klimatu, czy kolorowych - dodała.

 

Na facebookowej stronie wydarzenia zamieszczonych zostało już dziesiątki linków z kontaktami do osób, organizujących wyjazdy z poszczególnych stanów. Do Waszyngtonu zamierzają bowiem zjechać kobiety z całego kraju.

 

Podsumowując same głosy kobiet, które wzięły udział w ostatnich wyborach, Clinton wygrała w kobiecym elektoracie z Trumpem 54 proc. do 42 proc.

 

Na ostatnim etapie kampanii w kilku amerykańskich stacjach telewizyjnych pojawiły się kobiety, które twierdziły, że w przeszłości Donald Trump "obmacywał je", lub proponował im seks. Kandydat Republikanów wszystkiemu zaprzeczył, a w mediach pojawiły się opinie świadków, którzy zaprzeczali tym informacjom. W ocenie tej sytuacji Amerykanki pozostały podzielone. Część z nich uwierzyła kobietom podającym się za ofiary miliardera, a część obecnemu prezydentowi-elektowi.

 

polsatnews.pl, cnn.com