- Wyzywał je słowami powszechnie uważanymi za obelżywe, ubliżał, wyganiał z domu, zlecał wykonywanie ciężkich prac w gospodarstwie domowym, popychał, szarpał za ubranie" - tak śledczy opisali te zachowania.

 

W ich ocenie właśnie to było powodem próby samobójczej 13-letniego chłopca, który we wrześniu 2013 roku powiesił się.

 

Przyczynił się do samobójstwa? Nie ma dowodów

 

Kilka miesięcy temu Sąd Rejonowy w Sokółce uznał 68-latka za winnego znęcania się (w latach 2011-2013, czyli w krótszym okresie niż początkowo przyjęła prokuratura), również za winnego grożenia niektórym świadkom w tej sprawie.

 

Jednocześnie uznał, że nie ma wystarczających dowodów na przypisanie mu tego, iż następstwem tego znęcania było targnięcie się na życie przez 13-letniego chłopaka.

 

Skazał mężczyznę na karę łączną osiemnastu miesięcy ograniczenia wolności, z obowiązkiem nieodpłatnej pracy na cele społeczne, w wymiarze po 40 godz. miesięcznie. Na konto części tej kary sąd zaliczył okres kilkumiesięcznego aresztu mężczyzny.

 

Prace społeczne - kara rażąco niska

 

Apelacje złożyły obie strony; sąd częściowo uwzględnił odwołanie prokuratury, która karę uważała za rażąco niską. I prace społeczne zamienił na rok i trzy miesiące więzienia, w zawieszeniu na cztery lata i dozór kuratora oraz na grzywnę.

 

Jednocześnie zgodził się z ustaleniami sądu w Sokółce, iż nie ma dowodów na przypisanie oskarżonemu tego, że następstwem jego znęcania się nad dziećmi konkubiny było samobójstwo jednego z jej synów.

 

Sędzia Dorota Niewińska mówiła, że dzieci były w stałym stosunku zależności od oskarżonego i miał on ogromny wpływ na ich życie; wykonywały one jego polecenia.

 

- Stosunek zależności zachodzi wówczas, gdy pokrzywdzony nie jest zdolny, z własnej woli, przeciwstawić się znęcaniu i znosi je z obawy przed pogorszeniem swoich dotychczasowych warunków - powiedziała. Sędzia mówiła, że problemem w tej rodzinie nie była praca dzieci w gospodarstwie, gdyż "wiedziały, że muszą to robić", ale stosunek do nich konkubenta matki, związany z wykonywaną przez nie pracą.

 

Dzieci nie przeciwstawiały się, aby uniknąć awantur

 

Przywoływała zeznania świadków, iż zlecał on tym dzieciom "prace zupełnie bezsensowne, ciężkie, organizował im pracę przez wiele godzin, aby nie miały czasu wolnego dla siebie". A jeśli praca była źle wykonana, krzyczał na nie i wyzywał. "Dzieci nie przeciwstawiały się temu, aby uniknąć awantur" - dodała.

 

Kara była rażąco niewspółmierna, nie sposób zgodzić się z sądem pierwszej instancji, że stopień winy oskarżonego, w przypadku przestępstwa znęcania, nie był znaczny - tak sąd uzasadnił surowszy wyrok. "Zdaje się, że sądowi pierwszej instancji umknęło, iż dotyczyło ono czwórki małoletnich dzieci i trwało przez okres ponad dwóch lat" - powiedziała sędzia Niewińska.

 

Zwróciła przy tym uwagę, że znaczenie ma też postawa samego oskarżonego, a w tym wypadku jest on "bezkrytyczny wobec swojego postępowania, uważa wręcz, że jest to spisek innych osób przeciwko niemu".

 

PAP