- Wciąż jest wiele osób, które chcą stąd wyjechać. Ludzi przychodzą tu dobrowolnie - podkreśliła prefekt departamentu Pas-de-Calais Fabienne Buccio. Dodała, że jeszcze we wtorek rozpocznie się usuwanie pustych baraków i namiotów oraz zbieranie odpadów w "dżungli".

 

W poniedziałek 2318 osób wywieziono z obozowiska 45 autokarami do ośrodków porozrzucanych po całej Francji. Wśród tych osób jest ok. 400 nieletnich, którzy trafili do tymczasowego ośrodka na terenie obozu Calais, gdzie czekają na decyzję brytyjskich władz w ich sprawie.

 

Głównie z Afganistanu, Sudanu i Erytrei

 

Od 6 tys. do 8 tys. mężczyzn, kobiet i dzieci, głównie z Afganistanu, Sudanu czy Erytrei, mieszkało w obozowisku, skąd mogli nielegalnie próbować przedostać się do Wielkiej Brytanii, po drugiej strony kanału La Manche.Szacuje się, że wśród nich było ok. 1,3 tys. małoletnich bez opieki. 500 z nich utrzymuje, że ma krewnych w Wielkiej Brytanii. Szef francuskiego MSW Bernard Cazeneuve oświadczył w poniedziałek, że Zjednoczone Królestwo przyjmie tych wszystkich, u których uda się potwierdzić, że mają rodzinę w Wielkiej Brytanii. Według niego władze w Londynie zbadają też przypadki nieletnich bez opieki i bez krewnych na Wyspach.

 

Według szefowej brytyjskiego MSW Amber Rudd od początku października Wielka Brytania przyjęła 200 nieletnich z "dżungli".

 

"Ukradli mi telefon, pobili mnie, grozili"

 

Wśród czekających na opuszczenie obozu jest 17-letni Irakijczyk Alaa, który z 25-letnim bratem uciekł z Mosulu podczas ofensywy Państwa Islamskiego (IS) w 2014 roku. Jego brat ukrył się w ciężarówce i w ten sposób przedostał się na drugą stronę kanału. Alaa się na to nie odważył. - Ale w "dżungl" było strasznie. Ukradli mi telefon, pobili mnie, grozili. Nie mogę więcej powiedzieć, bo ci, którzy mi grozili, wciąż tu są - dodał.

 

Prefekt Brice szacuje, że 5-6 tys. mieszkańców obozowiska najpewniej złoży we Francji wnioski o nadanie statusu uchodźcy. Jak dodała, w 2016 roku zrobiło to już 100 tys. cudzoziemców, podczas gdy w ub. r. dotyczyło to 80 tys. ludzi. Działające na miejscu stowarzyszenia twierdzą, że kilkaset osób może odmówić opuszczenia "dżungli".

 

PAP