Według Leszka Millera, piloci, którzy siedzieli za sterami rządowego tupolewa 10 kwietnia 2010 roku, znajdowali się pod ogromną presją.

- To nie chodzi o to, czy generał Błasik był czy nie był w kokpicie, chociaż wcześniejsze ekspertyzy potwierdzały, że to był jego głos. Wystarczyło, że gen. Błasik był na pokładzie. Wystarczyło w tym sensie, że jego podwładni piloci przecież wiedzieli, po co ten samolot tam (do Smoleńska - przyp. red.) leci. Wiedzieli, że to jest początek kampanii wyborczej Lecha Kaczyńskiego. Wiedzieli, że mają dowódcę wojsk lotniczych na pokładzie - mówił Miller w rozmowie z Dorotą Gawryluk. 

- Na taśmach, które można było odsłuchać jest wiele interesujących wątków. Np. takie zdanie, że "pan prezydent jeszcze nie podjął decyzji". Tego zdania nikt nie kwestionuje - dodał.

"Tylko jeden dowódca"

- To pokazuje w jakiej sytuacji znajdował się pilot. Na pokładzie statku powietrznego jest tylko jeden dowódca. I to jest dowódca samolotu. Tam może być 10 generałów i 10 prezydentów, ale jedynym uprawnionym do decydowania o tym, jak ten samolot leci i gdzie ląduje, jest tylko dowódca samolotu - podkreślił Miller.

 

Zarówno były przewodniczący Sojuszu Lewicy Demokratycznej, jak i Waldemar Pawlak podkreślali, że w takich warunkach, jakie panowały nad lotniskiem w Smoleńsku, piloci cywilni nigdy nie zdecydowaliby się lądować.

 

- Po tej katastrofie poleciały dwie polskie delegacje do Smoleńska. Lądowanie samolotu było w Witebsku, kilkaset kilometrów od Smoleńska. Około trzech godzin jazdy samochodem. Gdyby lecieli piloci cywilni, to w życiu nie podjęliby próby lądowania, bo pilot cywilny jest tak wyszkolony, że gdyby podjął próbę lądowania w warunkach ryzykownych - straciłby licencję. Gdyby wylądowano na którymś z lotnisk zapasowych, można by dojechać w trzy godziny na miejsce - powiedział Pawlak.

 

- Samolot (prezydencki tupolew - red.) miał tyle paliwa, że mógł spokojnie pokołować pół godziny, godzinę nad lotniskiem. Tam już dosłownie po 30 minutach była inna pogoda - dodał.  

 

Miller: prezydenta witał generał Błasik

- Proszę zwrócić uwagę na jeden szczegół. Kiedy Lech Kaczyński podchodzi do samolotu, to kto wita go i melduje gotowość do wykonania zadania? Dowódca samolotu? Nie! Generał Błasik. Patrzyłem na to ze zdumieniem. Bo to jest w ogóle jakiś precedens. Zawsze kiedy przychodziłem do samolotu, to stał dowódca samolotu, bo to on bierze odpowiedzialność, składa meldunek, że samolot jest gotów do wykonania zadania i bierze za to odpowiedzialność. A w tym przypadku dowódca siedzi w kabinie, a stoi szef lotnictwa. No co to jest? - pytał Miller.

Były premier zwrócił również uwagę na przygotowanie załogi do lotu.

 

- Czy pani zauważyła, że wszystkie ekspertyzy zespołu Macierewicza zaczynają się tuż przed lądowaniem. Wybuch, nie wybuch, co było na lotnisku, etc. Natomiast każda komisja z prawdziwego zdarzenia zaczyna od momentu startu. Np. analizuje, czy załoga miała stosowne uprawnienia, jak wyglądało przygotowanie samolotu do startu. Z tego co dokumenty mówią, to tylko nawigator miał uprawnienia do pilotowania tego samolotu w tamtych warunkach. Już nie mówiąc o tym, że tamten samolot w ogóle nie powinien startować, bo było wiadomo, że idzie mgła nad lotnisko - zauważył Miller.

 

polsatnews.pl