Na trzy tygodnie przed wyborami Clinton - sądząc z większości sondaży - wysunęła się na zdecydowane prowadzenie przed nominowanym przez Partię Republikańską Trumpem. Zgodnie z opublikowanym w poniedziałek badaniem Reuters/Ipsos Clinton prowadzi nie tylko w zazwyczaj głosujących na Demokratów stanach na wschodnim i zachodnim wybrzeżu, ale także w dużych kluczowych stanach "wahających się", jak Północna Karolina, Floryda i Wirginia.


Zwycięstwo w nich wystarczy Clinton, by zdobyć 310 tzw. głosów elektorskich i wygrać wybory, nie uwzględniając nawet wyniku w kilku stanach, gdzie obaj kandydaci idą obecnie łeb w łeb, jak Newada, Kolorado, Ohio czy Iowa.


Oskarżenia o molestowanie


Środowa debata jest więc postrzegana jako jedna z ostatnich szans dla Trumpa, a na pewno ostatnia przed tak liczną widownią, by stanąć Clinton na drodze do Białego Domu. Komentatorzy przyznają, że na trzy tygodnie przed wyborami wszystko jest wciąż możliwe; niewykluczone też, że poparcie dla Trumpa jest większe, gdyż niektórzy ankietowani mogą nie przyznawać się do tego otwarcie.


Bez wątpienia jednak pozycja biznesmena pogorszyła się w ostatnich tygodniach, głównie po emisji nagrania wideo z seksistowskimi wypowiedziami Trumpa z 2005 roku.


Podczas drugiej debaty prezydenckiej 9 października Trump próbował ratować sytuację, mówiąc, że to tylko takie męskie gadanie w szatni. Zaprzeczył, by kiedykolwiek dopuścił się napaści seksualnej na kobietę, ale od tego czasu mnożą się oskarżenia od kobiet, które twierdzą, że Trump obmacywał je i całował bez ich zgody.


W poniedziałek na ratunek Trumpowi przyszła jego żona Melania. W wywiadzie dla telewizji CNN powiedziała, że wierzy w zapewnienia męża, iż oskarżenia kobiet są fałszywe. Utrzymywała, że rewelacje na ten temat to rezultat skoordynowanej akcji Clintonów i mediów, aby go skompromitować.


Teza o sfałszowaniu wyborów


O sprawę tę z pewnością będą pytać także prowadzący w środę debatę. Co ciekawe, nie jest to temat, który z łatwością podchwyciła przeciwko Trumpowi jego bezpośrednia rywalka. Wręcz przeciwnie - jak dotąd Clinton bardzo oszczędnie wypowiadała się ws. oskarżeń wysuwanych pod adresem Trumpa przez kobiety. A jeśli już to robiła, to nie z własnej inicjatywy, ale proszona o komentarz przez media, szybko zmieniając temat na inny. Wydaje się to zrozumiałe z uwagi na pozamałżeńskie skandale jej męża, byłego prezydenta Billa Clintona.


Oczekuje się, że Trump wykorzysta debatę, by po raz kolejny wysunąć tezę, że amerykańskie wybory będą sfałszowane i "ustawione" pod kandydatkę Demokratów, co zdaniem przeciwników biznesmena świadczy o jego słabnącej pozycji.


Niektórzy przewidują, że jeśli Trump przegra z Clinton niewielką liczba głosów, to zakwestionuje wynik, doprowadzając do protestów rozczarowanych wyborców. Według sondażu Politico i Morning Consult, aż 41 proc. Amerykanów zgadza się z zarzutami Trumpa, że wybory są "ustawione" na jego niekorzyść.


Kilkudziesięciomilionowa widownia


Pojedynek Trump-Clinton rozpocznie się o godz. 21 (godz. 3 w nocy ze środy na czwartek czasu polskiego) i będzie się składać z sześciu bloków tematycznych, jak imigracja, wydatki państwa i dług, gospodarka, polityka zagraniczna, Sąd Najwyższy oraz zdolność każdego z kandydatów do prezydentury. Debatę poprowadzi dziennikarz Fox News Chris Wallace.


Oczekuje się, że debatę obejrzy kilkadziesiąt milionów widzów, ale mniej niż obejrzało poprzednie pojedynki. Pierwszą debatę oglądało rekordowe ponad 84 mln telewidzów, a drugą 66,5 mln.

 

PAP