- Zostanie niedosyt, nie da się cofnąć czasu. Nawet gdybyśmy miały otrzymać te medale na przykład podczas przyszłorocznych mistrzostw świata, gdyby była ceremonia medalowa. Fajnie, ale to nie jest ten moment, ciężko się będzie przyzwyczaić - przyznała Włodarczyk w Polsat News.


Zawodniczka warszawskiej Skry w minionym tygodniu dostała informację, że Tatiana Łysenko (obecnie po mężu Biełoborodowa) została pozbawiona złotego medalu igrzysk w Londynie. Ponad cztery lata temu w stolicy Wielkiej Brytanii Włodarczyk przegrała tylko z Rosjanką, co oznacza, że to ona zostanie teraz mistrzynią olimpijską.


Anita Włodarczyk zdominowała rzut młotem. W sierpniu wywalczyła w Rio de Janeiro złoty medal olimpijski. Rok wcześniej została w Pekinie mistrzynią świata. Jest także rekordzistką globu.


Rosjanka już wcześniej była podejrzewana o doping


Polska lekkoatletka już w 2012 roku podejrzewała, że Łysenko może brać niedozwolone środki. Rosjanka nie tylko triumfowała w Londynie, ale zdobyła złoto także rok później w mistrzostwach świata w Moskwie.


- W obu przypadkach scenariusz był tak sam. Tatiana dwa miesiące przed główną imprezą ogłaszała, że jest kontuzjowana i znikała. Gdzie? Tego nie wiem. Potem przyjeżdżała na zawody docelowe i… rzucała parę metrów dalej. Parę tygodni później startowała w Warszawie w Memoriale Kamili Skolimowskiej i już takich wyników nie robiła - opowiadała wcześniej Włodarczyk.

 

Włodarczyk Londyn

Anita Włodarczyk na podium Igrzysk Olimpijskich w Londynie


Międzynarodowy Komitet Olimpijski poinformował, że w próbce pobranej od Łysenko w trakcie igrzysk w Londynie znaleziono steryd o nazwie turinabol.


MKOl zwrócił się teraz do IAAF z wnioskiem o korektę wyników. Decyzja o pozbawieniu Łysenko medalu jest prawomocna i natychmiast wchodzi w życie - można przeczytać w komunikacje MKOl.


Anita Włodarczyk sześciokrotnie w swojej karierze poprawiała rekord świata. Po raz pierwszy ta sztuka udała jej się 22 sierpnia 2009 (77,96 m). Przez siedem lat wyśrubowała go do 82,98 m.

 

polsatnews.pl, PAP; Fot. PAP/Bartłomiej Zborowski