Celem nalotów była sala, w której trwały uroczystości pogrzebowe związane z pochówkiem ojca ministra spraw wewnętrznych Dżalala al-Rawiszana, członka nieuznawanego przez wspólnotę międzynarodową rebelianckiego rządu. W ataku zginęli m.in. wojskowi oraz przedstawiciele władz rebeliantów Huti.

 

Organ śledczy międzynarodowej koalicji oświadczył, że błędna informacja pochodziła z jemeńskich źródeł wojskowych, według których w Sanie odbywało się spotkanie przywódców Huti, a jego miejsce należy natychmiast zbombardować.

 

Jednocześnie w wyniku śledztwa stwierdzono, że na naloty nie została wydana zgoda odpowiednich dowódców, co było złamaniem obowiązujących procedur. Zalecono zmiany zasad użycia broni a także zadośćuczynienie rodzinom ofiar.

 

Krytyka ze strony ONZ i UE

 

Koalicja zgodziła się z ustaleniami śledztwa i wyraziła ubolewanie z powodu "niezamierzonego incydentu". - Incydent ten nie był zgodny z celami koalicji, jakimi są ochrona cywilów i odbudowa bezpieczeństwa i stabilności w Jemenie - głosi komunikat koalicji.

 

Naloty zostały ostro skrytykowane m.in. przez ONZ i Unię Europejską. Stany Zjednoczone, które popierają koalicję pod wodzą Saudyjczyków, po nalocie zapowiedziały natychmiastowe dochodzenie i zrewidowanie amerykańskiej pomocy dla trwającej od ponad półtora roku kampanii koalicji przeciw Huti.

 

Aktywne IS i Al-Kaida

 

Jemen pogrążony jest w chaosie od 2011 roku, kiedy to społeczna rewolta położyła kres wieloletnim dyktatorskim rządom prezydenta Ali Abd Allah Salaha. Tylko południowa część kraju wraz z Adenem podlega rządowi uznawanemu przez wspólnotę międzynarodową i popieranemu przez Arabię Saudyjską. Jego władza jest jednak w znacznej mierze iluzoryczna, co wykorzystują aktywne na południu i częściowo wschodzie kraju dżihadystyczne Państwo Islamskie i Al-Kaida.

 

Sunnicka koalicja arabska od marca 2015 roku zwalcza wspieranych przez Iran rebeliantów Huti, zmierzających do obalenia popieranego przez Rijad prezydenta Abd ar-Raba Mansura Al-Hadiego. Według ONZ, w wojnie zginęło już około 10 tys. osób.

 

PAP