Przyjechali z Gruzji, Szwecji, Francji, Łotwy, Czeczenii, Chorwacji i Polski. W piątek, w Dniu Obrońcy Ukrainy, zostali nagrodzeni medalami "Brat za brata". - Jesteście naszymi przyjaciółmi, którzy pomogli nam podnieść się z kolan - dziękował podczas uroczystości w kijowskim Domu Oficera dowódca jednego z ochotniczych oddziałów o pseudonimie Kirt.


Polak, który przedstawia się imieniem Konrad, na ceremonię wręczenia medalu przyszedł z biało-czerwoną flagą. Wyznaje, że przyjechał na Ukrainę z pobudek osobistych.

 

"Żołnierz dostaje 250 dolarów. Nie warto ryzykować życiem"


- Mój dziadek był Ukraińcem, choć ja czuję się przede wszystkim Polakiem. Wydaje mi się, że dla Polaka wszystko, co dzieje się na wschód od Bugu, jest ważne. Póki Ukraina jest państwem niezależnym, jest buforem przed agresją rosyjską. Jeżeli putinowska Rosja podporządkuje sobie Ukrainę, to wróci do granic imperium, a to byłoby dla nas ogromnym niebezpieczeństwem - powiedział.


Na linii frontu spędził 16 miesięcy. Nie chce mówić, gdzie walczył. Ujawnia jedynie, że był żołnierzem batalionu ochotniczego "Donbas". - Nie dostałem za to żadnych pieniędzy, nikt mi ich zresztą nawet nie proponował - podkreśla.


- Chciałbym, żeby zrozumiano, że dla ludzi, którzy przyjechali tutaj z Zachodu, pieniądze się nie liczą. Jeśli żołnierz ukraiński dostaje za miesiąc służby równowartość jakichś 250 dolarów, to dla takich zarobków nie warto chyba ryzykować życiem. Na świecie są lepiej płatne wojny - twierdzi Konrad.

 

"Przyjechaliśmy tu, żeby pomagać Ukrainie"


Dwaj Chorwaci, Denis i Josip, w swoim kraju byli żołnierzami. Na Ukrainę przyjechali w 2014 roku.


- Jesteśmy ochotnikami. Przyjechaliśmy tu, żeby pomagać Ukrainie. Są po prostu takie chwile w życiu, kiedy czujesz, że musisz coś zrobić. Tak było ze mną, kiedy usłyszałem, że Rosja napadła na niepodległą Ukrainę. Dobrze to znamy ze swojej historii; jest to kopia polityki (byłego serbskiego prezydenta) Slobodana Miloszevicia na Bałkanach. Doskonale rozumiemy, co tu się dzieje - mówi Denis.


Pytani o zarobki tylko się śmieją. Podobnie reagują na pytanie, czy ukraińskie państwo udziela im jakiegokolwiek wsparcia. - Zero, nic. Nawet z uzyskaniem karty stałego pobytu miałem problemy. Załatwiłem ją w końcu dzięki pomocy ukraińskich wolontariuszy i z własnej kieszeni zapłaciłem za formalności - podkreśla Denis. - On dostał kartę, a ja jej nie mam. Jestem żołnierzem, który walczy o Ukrainę, i jestem w tym kraju nielegalnie - dodaje Josip.

 

Najwięcej Gruzinów - około stu


Największą grupą cudzoziemców, uczestniczących w konflikcie na wschodzie Ukrainy, są Gruzini. 42-letni Zaza w czarnym mundurze ukraińskiej Gwardii Narodowej mówi, że jest ich około 100. - Wiem, że separatyści i Rosja nazywają nas najemnikami, ale to nie tak. Najemnicy dostają pieniądze, a ja ich nie dostaję. Walczę tutaj o Gruzję, nie tylko o Ukrainę - zaznacza.

 

Brodaty Białorusin o pseudonimie Lew wyznaje, że na Ukrainę przywiodło go przeznaczenie, wiara w Boga i brak sukcesów w walce z dyktaturą prezydenta Alaksandra Łukaszenki.


- Na Białorusi także nie ma dziś pokoju. U władzy jest dyktator, a dla dyktatury nie ma miejsca w tym świecie. Walczyłem z nią w Białorusi, ale było nas za mało, żeby zwyciężyć. Postanowiłem, że pojadę na Ukrainę, by wspomóc naszych braci. Brat za brata - powiedział.


PAP