Minister Henryk Kowalczyk pytany o szczegóły jednolitego podatku, powiedział, że "ci, którzy zarabiają powyżej 100-120 tys. zł rocznie, zapłacą łącznie więcej, niż płacą. Oznacza to, że podwyżka podatków może dotknąć osoby zarabiające 6-7 tys. zł netto. Ponadto minimalna stawka jednolitego podatku, który ma połączyć w sobie podatek dochodowy oraz składki na NFZ i ZUS, ma wynieść 19,5 proc., a maksymalna około 40 proc.".

 

Stawek nowego podatku ma być cztery lub pięć. Obecnie są dwie - 18 proc. i 32 proc. Ma też zostać zlikwidowany tzw. liniowy podatek 19 proc. PIT dla prowadzących działalność gospodarczą. Nowe rozwiązania mają wejść w życie od 2018 roku.

 

- Celem tej zmiany jest pokazanie, że może bogatsi mają zapłacić więcej - stwierdził Marczak. - Ale pamiętajmy, że każdy kij ma dwa końce. Jeśli zdecydowanie i bez szerszych konsultacji ze środowiskami podniesiemy te obciążenia podatkowe, to może się okazać, że jeden do jednego nie przełoży się na wzrost dochodów budżetowych - ocenił ekspert.

 

"Potrzebny złoty środek, żeby nie zarżnąć kury znoszącej złote jajko"

 

Dodał, że "historycznie, kiedy była duża akcyza, to spadały wpływy z akcyzy". - W związku tym, trzeba tutaj złapać balans i złoty środek, żeby nie zarżnąć kury znoszącej złote jajko - podkreślił Marczak.

 

W opinii Marczaka, zmiany, które w systemie podatkowym chce wprowadzić rząd, mogą spowodować, że część przedsiębiorców będzie szukała możliwości uniknięcia obciążeń, np. poprzez przenoszenie biznesu do krajów ościennych, proponujących - jak zaznaczył - niższe podatki i prostsze procedury.

 

- Nie żyjemy w próżni. Np. Węgry mają 16-proc. podatek, Bułgaria 10-proc., Rumunia także ma bardzo niskie, kilkunastoprocentowe podatki. W związku z tym wielu przedsiębiorców może pomyśleć o przeniesieniu tam swoich firm - wyjaśnił.

 

- Przestrzegałbym decydentów przed takim gwałtownym podniesieniem tych obciążeń podatkowych i zachęcałbym do szerszych konsultacji - przekonywał Marczak.

 

Polsat News