Według związkowców przyjął ich wojewoda mazowiecki i zapowiedział przekazanie petycji premier Beacie Szydło.

 

Protestujący mieli ze sobą transparenty z hasłami: "grabarze, a nie lekarze polskiej oświaty", "nie dla chaosu w polskiej szkole", "nawet komuniści nie zamykali szkół", "stop rewolucji w szkole", "wygasić Zalewską", "zostawcie gimnazja", "nie zmianom w edukacji likwidującym gimnazja i etaty".

 

Według organizatorów ze Związku Nauczycielstwa Polskiego, na placu Bankowym protestowało ponad 2 tys. osób. Według służb porządkowych, w manifestacji uczestniczyło około 1200 osób.

 

Potrzeba kompromisu

 

Prezes ZNP mówił do zebranych, że edukacja jest najważniejszą dziedziną życia społecznego. Podkreślał, że ZNP zarzuca się upolitycznienie. - Nic bardziej mylnego - powiedział. Jego zdaniem, ZNP nie znajduje merytorycznego uzasadnienia dla planowanej reformy oświaty; gimnazja zaś bronią się swoimi wynikami. Przekonywał, że jeśli są potrzebne zmiany, to należy je wprowadzać, ale nie przez rewolucję, burzenie systemu.

 

Broniarz zapewnił, że chce powrotu do merytorycznej dyskusji z udziałem dyrektorów, samorządowców, świata nauki i ekspertów oraz organizacji pozarządowych. - Trzeba osiągnąć kompromis w zakresie zmian i czasu zmian - oświadczył.

 

Prezes ZNP zaprosił premier Beatę Szydło, by wzięła udział w przyszłotygodniowym posiedzeniu zarządu głównego ZNP albo przyjęła delegację związku.

 

Prezes ZNP Sławomir Broniarz (P) podczas protestu przeciw reformie edukacji, przed stołecznym ratuszem na placu BankowymPAP/Radek Pietruszka
Prezes ZNP Sławomir Broniarz (P) podczas protestu przeciw reformie edukacji, przed stołecznym ratuszem na placu Bankowym
 

 

 

 

"Propozycje, które cofają Polskę"

 

Uczestniczący w demonstracji prezes PSL Władysław Kosiniak-Kamysz w swoim wystąpieniu ocenił, że proponowane zmiany to nie żadna reforma, tylko chaos. - To są propozycje, które cofają Polskę, nie można wracać ciągle do przeszłości, nie można ciągle żyć przeszłością, jak się nie ma pomysłu na teraźniejszość - powiedział.

 

Podkreślił, że jego ugrupowanie będzie się upominać także o wiejską szkołę, bo - jak zaznaczył - to właśnie ona na proponowanej reformie może stracić najwięcej.

 

Głos zabrała także posłanka Nowoczesnej Kamila Gasiuk-Pihowicz. Jak mówiła, w tej chwili nikt, ani rodzice, ani nauczyciele, ani samorządowcy nie wiedzą, "po co ministerstwu ta pseudoreforma". Dodała, że z wypowiedzi minister edukacji Anny Zalewskiej wynika, że ona sama tego również nie wie.

 

Podkreśliła równocześnie, że jednym z największych zagrożeń jest to, że rządzący będą chcieli przekształcić szkoły w miejsce partyjnej indoktrynacji, "będą uczyć o narodowych klęskach, traumach na lekcjach historii (…), będą organizowane pod dyktando interesu partyjnego" - mówiła. Jak powiedziała, sama jest matka sześcioletniego dziecka, które poszło wcześniej do szkoły. Zaznaczyła, że choć obserwuje zmiany w szkole od 30 lat, nigdy dotąd nie były one przyprowadzane w tak "butny i arogancji sposób".

 

Z kolei wicemarszałek Sejmu Małgorzata Kidawa-Błońska (PO) zwróciła uwagę, że żadna rewolucja w systemie edukacji nie daje dobrego rezultatu. - Szkoła potrzebuje zmian, ale zmian, które są wynikiem, uzgodnień między nauczycielami, rodzicami, samorządowcami - powiedziała. Podkreśliła, że to od edukacji zależy "jakim będziemy społeczeństwem, krajem, czy będziemy szczęśliwi, nowocześni, otwarci na świat".

 

Uczniowie wśród protestujących

 

Wśród protestujących były dzieci z klasy VI szkoły podstawowej. Miały z sobą transparenty: "Chcę do gimnazjum", "Nie chcę być przez trzy lata najstarsza w szkole", a także zdjęcie piwnicy z podpisem: "moja sala w VII i VIII klasie, innego miejsca brak".

 

W petycji złożonej w urzędzie wojewódzkim związkowcy napisali: "Zmiany w edukacji przedstawione 16 września 2016 r. przez minister edukacji Annę Zalewską w projektach aktów prawnych to cofnięcie się w czasie do roku 1999 i powrót do systemu zupełnie nieodpowiadającego współczesnemu rozwojowi cywilizacyjnemu".

 

Według nich zapowiedziana reforma ustroju szkolnego ma charakter rewolucyjny, ponieważ: zburzy wszystkie struktury systemu tworzone przez wiele lat i w krótkim czasie dotknie wszystkich poziomów edukacyjnych, będzie niezwykle kosztowna, a koszty te w głównej mierze poniosą jednostki samorządu terytorialnego.

 

ZNP uważa też, że reforma stworzy więcej zagrożeń niż szans dla dobrej edukacji, jej skutkiem będzie obniżenie poziomu jakości edukacji i zaprzepaszczenie wypracowanych przez szkoły osiągnięć oraz spowoduje zwolnienia w oświacie nauczycieli, dyrektorów i pracowników szkolnej administracji i obsługi, przede wszystkim z gimnazjów.

 

- Likwidacja gimnazjów to krok wstecz! To destrukcja systemu oświaty - napisali związkowcy. Według nich nie przedstawiono rzeczywistych przesłanek uzasadniających tak gruntowną reformę ustroju szkolnego.

 

"Gimnazja stanowią źródło lokalnej dumy, osiągają znakomite efekty kształcenia, co potwierdzają wyniki badań międzynarodowych, sążywym dowodem na zmianę cywilizacyjną i infrastrukturalną, to centra ogniskujące życie i emocje lokalnych społeczności" - napisali w petycji.

 

Domagają się wycofania z projektowanych zmian w oświacie

 

Według ZNP zmiana ustroju szkolnego nie rozwiąże wielu problemów polskich szkół. Dlatego proponuje, by - nie burząc struktury szkolnictwa - podjąć działania zmierzające do wypracowania jak najlepszych rozwiązań. Chodzi im m.in. o podjęcie niezbędnych zmian programowych i organizacyjnych, doskonalenie systemu edukacji, opieki i wychowania, doskonalenie systemu wsparcia dla uczniów.

 

Petycje tej samej treści protestujący złożyli w poniedziałek także w 15 innych urzędach wojewódzkich.

 

ZNP domaga się od minister edukacji Anny Zalewskiej wycofania się z projektowanych zmian w oświacie, zawartych w dwóch projektach ustaw, a także przystąpienia do "rzeczywistej, a nie medialnej debaty o potrzebach polskiej edukacji". Związkowcy chcą też społecznego porozumienia co do zakresu, skali i tempa wprowadzania zmian.

 

W połowie września do konsultacji trafiły dwa projekty ustaw: zupełnie nowej ustawy Prawo oświatowe oraz ustawy wprowadzającej Prawo oświatowe. Zgodnie z propozycją resortu edukacji, od 2017 r. funkcjonować mają: 8-letnia szkoła podstawowa, 4-letnie liceum i 5-letnie technikum; szkoły branżowe w miejsce zasadniczych szkół zawodowych; zlikwidowane zostaną gimnazja.

 

Demonstracje w całym kraju

 

ZNP protestowało nie tylko w Warszawie, demonstracje mają się odbywać także w 15 innych miastach wojewódzkich oraz w Koszalinie.

 

W pikiecie przed pomorskim urzędem wojewódzkim w Gdańsku uczestniczyło ok. 500 osób. Wśród uczestników manifestacji znaleźli się nie tylko członkowie ZNP, ale też samorządowcy, przedstawiciele ruchów społecznych, w tym KOD oraz PO, Razem i Nowoczesnej.

 

- To jest protest przeciwko głupiej zmianie - mówił szef parlamentarnego klubu PO Sławomir Neumann nazywając minister edukacji "Anną Chaos Zalewską". Prezydent Sopotu Jacek Karnowski nazwał proponowaną reformę próbą„budowy szkoły partyjnej”.

 

W Poznaniu w proteście przeciw zmianom uczestniczyło ok. 600 osób. Przekazali oni petycję wicewojewodzie Marlenie Maląg, która próbowała przemawiać, ale została wygwizdana. Obecny był m.in. prezydent Poznania Jacek Jaśkowiak, przedstawiciele PO z regionalnym liderem partii Rafałem Grupińskim, a także politycy PSL, SLD i Partii Razem.

 

Kilka tysięcy protestujących zgromadziło się przed gmachem urzędu wojewódzkiego w Krakowie. Z delegacją demonstrantów spotkał się wojewoda Józef Pilch.

 

Przed urzędem wojewódzkim w Katowicach pojawili się nauczyciele z flagami przepasanymi kirem. - Nauczyciele boją się o miejsca pracy. To nieprawda, że nie będzie zwolnień, będą zwolnienia - powiedziała pani Małgorzata, nauczycielka gimnazjum z Katowic (nie chciała podać nazwiska).

 

Władze Częstochowy wystosowały apel o korektę "nieracjonalnych i niekorzystnych" propozycji do autorów projektu reformy i parlamentarzystów.

 

PAP