Andriej, który jest upośledzony psychicznie i fizycznie, dziś ma 15 lat. Od kilkunastu dni jest w Łodzi. Gdyby nie pomoc polskich wolontariuszy działających od kilku lat w Załuczu, w wiosce w obwodzie iwano-frankiwskim, skrajnie zaniedbany chłopak nie miałby szans na ratunek.

 

"Tam działa selekcja naturalna"

 

Dr Stolarska w rozmowie z polsatnews.pl przyznaje, że dzięki kilku wizytom w ukraińskim domu dziecka dla 130 podopiecznych wie, że dzieci te mają bardzo złą opiekę lekarską. A dom dziecka w Załuczu zamieszkują głównie najciężej chorzy.

 

- Tam działa selekcja naturalna. Przeżywają najtwardsi. Jeździmy tam raz na pół roku, za każdym razem kiedy docieramy, kogoś brakuje. Mimo, że to jeden z najlepszych tego typu domów na Ukrainie, dzieci są bardzo zaniedbane - powiedziała onkolog.

 

Według niej zdarzało się, że wiele z nich karmionych było zwykłą butelką, np. po oleju. - Na nią opiekunki nakładały smoczek. I dzieci piły mleko. Nawet te kilkunastoletnie. Dlatego miały ogromne niedobory żelaza. Zasugerowaliśmy, aby dostawały warzywa i mięso - powiedziała Małgorzata Stolarska.

 

Gdy po raz pierwszy polscy lekarze zbadali Andrieja, było jasne, że chłopak wymaga pomocy. Miał wtedy 13 lat i ważył 13 kilogramów. - Miał anemię, był straszliwie wyniszczony. Dowiedzieliśmy się od personelu, że jego stan w ciągu kilku lat się pogorszył, że wcześniej, mimo głębokiego upośledzenia, poruszał się – wspomina.

 

Poza tym, jak zaznacza dr Stolarska, nie ma możliwości, aby w Polsce zobaczyć tak zaawansowaną chorobę sierocą, jaką miał Andriej. - Jednym z jej objawów jest to, że Andriej - dla zabawy - zmusza swój organizm do wymiotów - dodaje lekarka. A to może być skrajnie niebezpieczne, ponieważ powoduje, że chłopiec jest niedożywiony.

 

Polscy lekarze zostawili wtedy leki i odżywki.

 

Bez ubezpieczenia, bez leczenia

 

Wrócili po pół roku. - Nie przybrał na wadze, ale miał lepsze wyniki badań, był bardziej zainteresowany otoczeniem. Uznaliśmy, że to dobry znak – mówi.

 

Jednak po jakimś czasie z domu dziecka w Załuczu odeszła lekarka. Andriej znowu schudł. Wolontariusze z Polski zaczęli szukać możliwości podjęcia leczenia. - Chcieliśmy znaleźć miejsce na Ukrainie, żeby go położyć do szpitala i zrobić mu badania. Ale tam nie ma ubezpieczeń społecznych, dziecko z domu dziecka nie ma szans na opiekę medyczną. Darmowe jest tylko ratowanie życia – podkreśla dr Stolarska.

 

Dwa kilogramy na wagę złota

 

Stało się jasne, że jedyna szansa na ratunek dla Andrieja, to przyjazd do Polski. Walka o to trwała miesiącami. Wolontariusze musieli odnaleźć jego biologiczną matkę, bo musiała zgodzić się na wyrobienie paszportu. - O wszystko walczyła fundacja "Świt Życia" z dr Urszulą Pacześniak oraz członkowie polskiej grupy misyjnej - wyliczyła Małgorzata Stolarska.

 

Ostatecznie, kilkanaście dni temu, Andriej trafił do Centrum Zdrowia Matki Polki w Łodzi. Spędził tam dwa tygodnie. Założono mu gastrostomię, zaczęto odpowiednio odżywiać. Chłopiec przytył dwa kilogramy.

 

Od dwóch dni mieszka w łódzkim hospicjum "Gajusz". Koszty jego utrzymania w Polsce pokrywają dwie fundacje - "Świt Życia", która kupuje odżywki  i "Gajusz", która dała mu dom i opiekę.

 

Pracująca w "Gajuszu" Ukrainka została opiekunką prawną Andrieja. - Na razie ma wizę na rok. Ilu u nas zostanie - nie wiadomo. Ale trzeba wielu tygodni, aby jego życie się zmieniło. Na szczęście personel hospicjum robi wszystko, żeby nie był sam i choroba sieroca się nie pogłębiała. Bo gdy tylko przestaje być w centrum zainteresowani, jego nawyki wracają. Kiwa się, wymusza wymioty... - powiedziała dr Stolarska.

 

 

 

polsatnews.pl