Jak powiedział we wtorek rzecznik suwalskiej prokuratury Ryszard Tomkiewicz, trafiły tam z Prokuratury Krajowej materiały z dwóch postępowań prowadzonych wcześniej w Warszawie. Jedno zakończyło się umorzeniem z powodu niewykrycia sprawców, w drugim wydano postanowienie o odmowie wszczęcia.

 

- Pierwsze dotyczyło podpalenia, podczas tego marszu, budki (wartowniczej) przy ambasadzie rosyjskiej. Drugie zaś - sprawstwa kierowniczego pewnego urzędnika publicznego. Te dwa postępowania połączyliśmy w jedno i podjęliśmy na nowo, do wykonania zaplanowanych czynności - powiedział prok. Tomkiewicz.

 

Dodał, że zostały wytypowane osoby, które mają być przesłuchane w charakterze świadków. O innych czynnościach w śledztwie prokuratura nie chce mówić ze względu na tajemnicę państwową.

 

Podczas Marszu Niepodległości, zorganizowanego w Warszawie przez środowiska narodowe 11 listopada 2013 roku, doszło do burd, m.in. w pobliżu budynku ambasady rosyjskiej. Pół roku później do sądu trafił akt oskarżenia w sprawie podpalenia altany śmietnikowej, czyli zniszczenia mienia na szkodę wspólnoty mieszkaniowej i miasta; wątek podpalenia budki wartowniczej umorzono.

 

Czy były szef MSW zlecił podpalenie budki ?

 

Prokuratura wyjaśniała też, czy ktoś podżegał do podpalenia tej budki. Podstawą postępowania sprawdzającego, zakończonego odmową wszczęcia, były słowa Pawła Wojtunika w rozmowie z Elżbietą Bieńkowską, której fragmenty opublikował tygodnik DoRzeczy. Według tygodnika, podczas rozmowy ówczesnej wicepremier, minister infrastruktury i rozwoju Elżbiety Bieńkowskiej z szefem CBA Pawłem Wojtunikiem miała paść sugestia, że ówczesny szef MSW Bartłomiej Sienkiewicz zlecił policjantom spalenie budki przed rosyjską ambasadą.

 

"Bartek się nauczył zarządzać wszystkim przez telefon. (…) Widzisz, ale facet nauczył ich tak, że on dzwoni i on im rozkazuje. I tak samo poszli, spalili budkę pod ambasadą, bo minister osobiście wymyślił taką…"

 

Kilka dni temu, przesłuchiwany jako świadek w procesie Marka Falenty i pozostałych oskarżonych o nielegalne podsłuchy w stołecznych restauracjach Paweł Wojtunik mówił, że "jego słowa wyrwano z kontekstu, co wynikało albo ze złej woli dziennikarzy, albo z braku rzetelności".

 

PAP