Ulica i dwa chodniki - to kilkanaście metrów,  tyle dzieli blok mieszkalny od powiatowego szpitala w Międzychodzie. Do tragedii  doszło wcześnie rano. - Myślałam, że może szafka spadla, pobiegłam do łazienki, a tam mąż leżał na podłodze - relacjonuje Halina Gorajska, żona zmarłego. 59-letni Eugeniusz Gorajski był nieprzytomny.

 

Rodzina wezwała karetkę. - Karetki S, która stacjonuje w Międzychodzie, gdzie czas dojazdu to 3-4 minuty, nie było na miejscu - poinformował Artur Obst z Obst Ambulans Union. Ambulans pojechał 40 kilometrów dalej, na oddział neonatologiczny do Nowego Tomyśla. Pierwsza wolna karetka była w Sierakowie.

 

"Czasy dotarcia zostały zachowane"

 

- Od czasu telefonu do przyjazdu karetki minęło około poł godziny - twierdzi Gorajska. Z kart wyjazdu wynika natomiast, że karetka jechała około trzynastu minut. - Wstępne analizy wskazują, że tutaj czasy dotarcia zostały zachowane - powiedział Tomasz Stube, rzecznik wojewody wielkopolskiego.

 

W tym czasie rodzina próbowała ratować nieprzytomnego. - Ubrałam się, pobiegłam do szpitala, na drugą stronę. Jest tam oddział ratunkowy. Prosiłam ludzie, pomóżcie, człowiek umiera, zróbcie coś. Nie możemy, bo człowiek musi trafić do szpitala, proszę czekać na pogotowie - relacjonuje żona zmarłego. Gdy karetka przyjechała, było już za późno. Lekarze stwierdzili nagłą śmierć.

 

"Takie są procedury"

 

Dyrektor szpitala tłumaczy, że takie są procedury. - Jeżeli w takich sytuacjach będziemy reagować, a w tym czasie pojawi się zagrożenie na terenie Szpitalnego Oddziału Ratunkowego, to będziemy mieć pewne problemy – wyjaśnił Maciej Bak, dyrektor szpitala powiatowego w Międzychodzie.

 

Rzecznik Praw Pacjenta i wojewoda zapowiadają kontrolę. Także przychodni, w której pracuje lekarz rodzinny zmarłego. - Mąż byl poprzedniego dnia, miał robione EKG, które wyszlo nieciekawe, lekarz go nie skierowal do szpitala. Wyslal go z kwitkiem z kropelkami nasercowymi - zdradziła Gorajska.

 

Rodzina nie chce sekcji ani śledztwa w sprawie.

 

Polsat News