Zdaniem Laska różnica w utrwalonych zapisach wynika z różnic w konstrukcji skrzynek. Według niego w momencie zderzenia z ziemię i utraty zasilania, "część danych w polskiej skrzynce, która nie była w tym czasie zapisana w pamięci, tylko w buforze, czyli była przetwarzana, uleciała".

 

Dodał, że PKBWL uzupełniła te dane z zapisów rosyjskiego rejestratora, a wcześniejsze dane z obu urządzeń były takie same przez cały lot.  Zaakcentował również, że ewentualnych manipulacji w skrzynce nie znalazł jej producent oraz prokuratura wojskowa, "a w szczególności biegli".

 

"Zebrane materiały ze stuprocentową pewnością pozwoliły określić przyczynę katastrofy" 

 

Rozmówca Jarosława Gugały odniósł się również do medialnych doniesień, iż wrak nigdy nie był badany przez polskich ekspertów.

 

- To prawdopodobnie dlatego, że członkowie komisji nie czytali raportu komisji Millera i MAK-u. Gdyby go przeczytali, to widzieliby, że zawiera on bardzo wiele informacji z miejsca zdarzenia i materiał zdjęciowy. To udowadnia, że te wszystkie informacje zostały zebrane przez 18 członków komisji Millera, która tam pojechała - stwierdził gość "Wydarzeń 22:00".

 

Podkreślił, że współpraca z Rosjanami nie układała się dobrze, ale nie jest to nowość. - O tym się mówiło wielokrotnie, ale to nie uniemożliwiło zebrania materiałów, które ze stuprocentową pewnością pozwoliły określić przyczynę katastrofy - oznajmił ekspert.

 

Skomentował również informację o szczątkach znalezionych kilkadziesiąt metrów przed brzozą, o którą miał zahaczyć tupolew. Stwierdził, że samolot ścinał czubki drzew również przed brzozą. - Musiał zgubić jakieś fragmenty poszycia, ale cała tragedia rozegrała się od momentu zderzenia z brzozą, gdzie tych części było dużo więcej - powiedział.

 

Lasek o "Smoleńsku": to film z tezą

 

Lasek był pytany m.in. o ocenę filmu "Smoleńsk" w reżyserii Antoniego Krauzego. Uznał, że przypomina obrazy z minionego systemu, nazwał filmem z tezą, "dodatkowo rażąco niezgodnym z faktami".

 

- Według mnie możemy w nim znaleźć kilka ewidentnych kłamstw, na które nie ma poparcia w materiale dowodowym i bardzo dużo półprawd, które niewyjaśnione przez twórców filmów, pozostawiają widza z domniemaniem że coś jest na rzeczy - ocenił Lasek.

 

Wśród filmowych przekłamań wymienił przypisanie kontrolerom wydania polecenia zejścia do 50 m. - To nieprawda. W żadnym z nagrań nie pada takie sformułowanie. Pada sformułowanie "sprowadź do 100 m i odejdź na drugi krąg". 100 m było wysokością dopuszczalną i bezpieczną dla tego rodzaju podejścia do lądowania - powiedział.

 

"Byliśmy zszokowani, że ktoś bezrefleksyjnie zmienia konfigurację tupolewa"

 

"Inną ciekawostką" filmu nawał Lasek fragment, w którym jedna z bohaterek sprzedaje jako przeciek informację, że ktoś zmodyfikował tupolewa, by zwiększyć liczbę pasażerów. Miało chodzić o to, aby zmieścił się tam cały sztab generalny wojska.

 

- W rzeczywistości z raportu komisji Milera dowiedziano się, że konfiguracja samolotu została zmieniona, żeby dopasować ją do liczby osób, jaka została złożona w zapotrzebowania na ten lot. A generałowie zostali osobiście, imiennie zaproszeni przez Kancelarię Prezydenta - tłumaczył.  

 

Zapewnił, że zmiana konfiguracji nie miała wpływu na bezpieczeństwo lotu, ale powodowała, że pod względem formalnym tupolew był niesprawny, bo modyfikacja była niezgodna z jego certyfikatem.

 

- To pokazywało również podejście do przepisów, nie tylko lotniczych. Byliśmy zszokowani, że ktoś bezrefleksyjnie zmienia konfigurację tupolewa na niezgodną z zaleceniem producenta. W związku z tym zmieniło się jego wyważenie, rzecz bardzo istotna w  samolotach - zaznaczył.

 

Polsat News