Sąd Okręgowy w Warszawie kontynuował proces b. szefa Kancelarii Prezesa Rady Ministrów Tomasza Arabskiego i czworga innych urzędników, oskarżonych w trybie prywatnym przez część rodzin ofiar katastrofy smoleńskiej o niedopełnienie obowiązków przy organizacji wizyty prezydenta z 10 kwietnia 2010 r.

 

"Dostrzegłem odwrócone koła samolotu i leżące ciała"

 

Świadek Marcin W. zeznał, że przygotowaniami technicznymi do tej wizyty zajmowała się KPRM, a merytorycznymi - KPRP. 10 kwietnia W. czekał w Smoleńsku na przylot prezydenta. - Była mgła - mówił. Dodał, że była tam limuzyna dla prezydenta. Usłyszał "głośną pracę silników Tu-154, po czym zapadła cisza". W pierwszym momencie W. myślał, że samolot wylądował i w pierwszym odruchu powiedział nawet ambasadorowi Jerzemu Bahrowi: "Wylądowali". Obaj ruszyli do samochodu, który pojechał śladem innych aut.

 

Gdy auta stanęły, W. zauważył ludzi w fartuchach lekarskich, za którymi pobiegł. - Dostrzegłem odwrócone koła samolotu i leżące ciała - mówił. - Dopiero po chwili zorientowałem się, że to nasz samolot; byłem w szoku - zeznał. Według niego dopiero później zaczęły dojeżdżać służby ratunkowe.

 

Nie było mowy o lotniskach zapasowych

 

- Nikt nie informował KPRP, że nie będzie możliwości lądowania w Smoleńsku - zeznał W. Dodał, że w fazie przygotowań do wizyty nie była poruszana kwestia ewentualnych lotnisk zapasowych.

 

Według świadka, lotnisko w Smoleńsku wybrano dlatego, że wszystkie inne delegacje, poczynając od prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego, tam lądowały, a "było to lotnisko najbliższe". - Gdyby KPRP wiedziała, że jest ono nieczynne, to po konsultacji z 36. pułkiem wybrano by inne lotnisko - podkreślił świadek.

 

- Do mnie nie docierały informacje, że coś jest nie tak z lotniskiem - zeznał W. Jego zdaniem KPRM, 36. pułk czy BOR powinny były poinformować KPRP, że lądowanie w Smoleńsku jest niemożliwe z powodów bezpieczeństwa. - Skoro nie przyszły takie informacje, to kontynuowaliśmy prace - dodał W.

 

"Musieliśmy wyczarterować samolot"

 

Zeznał on także, że nie spotkał się z sytuacją, aby na lotniskach zagranicznych na prezydenta czekał BOR. - Gospodarz odpowiada za ochronę gościa - dodał.

 

W. oświadczył też, że był m.in. odpowiedzialny za wizytę prezydenta na szczycie UE w Brukseli w 2008 r., gdy Arabski odmówił udzielenia L. Kaczyńskiemu samolotu rządowego. - Musieliśmy wyczarterować samolot - przypomniał.

 

Świadek Margarita S., pracownica KPRM, zeznała że kancelaria ta nie brała udziału w organizacji wizyty prezydenta. Dodała, że przy organizacji wizyty zagranicznej przez KPRP, rola KPRM sprowadzała się do wpisania danego lotu do wykazu użycia statków powietrznych. KPRP sama zawiadamiała zaś o locie m.in. 36. pułk i BOR - zeznała S. Dodała, że 36. pułk miał obowiązek wskazać, czy dane lotnisko spełnia wymogi wizyty VIP-ów.

 

Świadek powiedziała, że czasem KPRM była zawiadamiana przez KPRP o locie głowy państwa już po wizycie. - W przypadku nakładania się lotów staraliśmy się dogadać, aby każda ze stron mogła odbyć swoją podróż - oświadczyła S.

 

Prywatny akt oskarżenia

 

4 października mają zeznawać kolejni świadkowie.

 

Podsądni nie przyznają się do zarzutów. Pozostali oskarżeni to urzędnicy KPRM - Monika B. i Miłosław K. oraz ambasady RP w Moskwie - Justyna G. i Grzegorz C. Grozi im do 3 lat więzienia.

 

Oskarżycielami prywatnymi są bliscy kilkunastu ofiar katastrofy, m.in. Anny Walentynowicz, Janusza Kochanowskiego, Andrzeja Przewoźnika, Władysława Stasiaka, Sławomira Skrzypka i Zbigniewa Wassermanna. W rozprawach uczestniczy prokurator jako "rzecznik praworządności".

 

Prywatny akt oskarżenia złożono w 2014 r. - po tym, gdy cywilna prokuratura umorzyła prawomocnie śledztwo ws. organizacji lotów prezydenta i premiera do Smoleńska.

 

10 kwietnia 2010 r. w Smoleńsku zginęło 96 osób, w tym L. Kaczyński i jego małżonka. Śledztwo w sprawie początkowo prowadziła Wojskowa Prokuratura Okręgowa w Warszawie. Postawiła ona zarzuty dwóm kontrolerom lotów ze Smoleńska (dotychczas nie zdołano im ich przedstawić) oraz dwóm oficerom rozwiązanego po katastrofie 36. pułku. 4 kwietnia br. śledztwo przejęła Prokuratura Krajowa z nowym zespołem śledczym. Własne śledztwo prowadzi strona rosyjska, która wiele razy podkreślała, że przed jego zakończeniem nie zwróci Polsce wraku Tu-154 i jego "czarnych skrzynek".

 

PAP