Historia opisana w dzienniku "Pittsburgh Post-Gazette" wydarzyła się w Weirton w stanie Wirginia Zachodnia w maju br. Policjant Stephen Mader przyjechał do domu czarnoskórego Ronalda D. Williamsa, wezwany tam przez jego partnerkę, która alarmowała, że mężczyzna chce popełnić samobójstwo.

 

"Nie zrobię tego, bracie"

 

Według relacji Madera, Williams stał przed domem z pistoletem, który trzymał skierowany lufą w dół.

 

- Powiedziałem mu: rzuć broń, a on na to: zastrzel mnie. Odpowiedziałem: nie zrobię tego, bracie. Pomyślałem, że będę w stanie z nim rozmawiać i doprowadzić do deeskalacji napięcia. Wiedziałem, że jest to sytuacja typu "samobójstwo z ręki gliny" - powiedział Mader.

 

Mader jest byłym żołnierzem piechoty morskiej (marines), gdzie przeszedł m.in. przeszkolenie w postępowaniu z terrorystami. Zorientował się - jak powiedział gazecie - że Williams stanowi zagrożenie tylko dla samego siebie i dlatego starał się go uspokoić.

 

Po kilku minutach na miejsce przybyli jednak dwaj inni policjanci. Williams ruszył w ich kierunku wymachując pistoletem. Jeden z policjantów strzelił do niego, zabijając na miejscu. Okazało się, że pistolet Williamsa nie był nabity.

 

Zwolniony, bo "nie wyeliminował zagrożenia"

 

Po kilku dniach Madera wezwał szef policji w Weirton, Rob Alexander. Powiedział mu, że będzie zwolniony, ponieważ "naraził dwóch innych funkcjonariuszy na niebezpieczeństwo". Mader próbował tłumaczyć, dlaczego zachował się tak a nie inaczej, ale po miesiącu dostał formalne pismo zwalniające go z pracy w policji.

 

W uzasadnieniu napisano, że nie strzelając do Williamsa, policjant "nie wyeliminował zagrożenia".

 

Adwokat rodziny zabitego, Jack Dolance, powiedział, że okoliczności zwolnienia Madera ze służby "są jasnym dowodem na to, jaka jest polityka" policji.

 

Mader szuka teraz nowej pracy. Szkoli się na kierowcę ciężarówki.

 

PAP