Kobieta, która zawiadomiła fundację, zadzwoniła również do przedstawicieli gminy. - Gdy pojawiła się gmina nie wiedzieli, co z tym zrobić. Uznali, że nie wezwą lekarza, bo ten nie ma odpowiedniego sprzętu - powiedziała przedstawicielka fundacji. Urzędnicy po informacji o tym, że na miejsce jadą wolontariusze z fundacji, opuścili miejsce zdarzenia.

 

Zgłaszająca wypadek kobieta czekała 1,5 godziny przy suczce. - Zobaczyliśmy, że się dusi, więc natychmiast przenieśliśmy ją w kocu do samochodu, włączyliśmy klimatyzację, otworzyliśmy okna. Zaczęliśmy pędzić do kliniki przy ul. Powstańców Śląskich na warszawskim Bemowie - poinformowała przedstawicielka Fundacji Zwierzęca Polana.

 

Dodał, że po godzinie suczka zaczęła czuć się lepiej. W klinice lekarze szybko podjęli akcję ratunkową. Zwierzę odzyskało pełną przytomność.

 

"Wykluczamy wypadek komunikacyjny"

 

Kobieta zgłaszająca zdarzenie podejrzewała, że zwierzę jest ofiarą wypadku, bo suczka leżała w przydrożnym rowie. - To wykluczone, że brała udział w wypadku komunikacyjnym - stwierdziła przedstawicielka fundacji. Miała potężny uraz głowy, cała jej czaszka była opuchnięta, nie ma potężnego fragmentu nosa. - Podejrzewamy, że ktoś próbował ją zabić – dodała.

 

Suczka miała również obitą wątrobę, co oznacza, że mogła być bita po całym ciele. - To był domowy pies, zadbany, nie wiadomo czy została skradziona czy uciekła, a być może ktoś ją porzucił - dodała kobieta.

 

Fundacja będzie składała zawiadomienie na policję o możliwości popełnienia przestępstwa. Liczy również, że zgłosi się właściciel suczki.

 

 

 

 

polsatnews.pl