Śmierć Dawida D. - który zmarł na skutek krwotoku po trafieniu w szyję - była efektem nieszczęśliwego splotu okoliczności; nie było w tym winy policji, która działała w granicach prawa - uznała prokuratura.

 

Informację o umorzeniu postępowania przekazała we wtorek rzeczniczka Prokuratury Okręgowej w Gliwicach Joanna Smorczewska. Decyzja o umorzeniu postępowania jest nieprawomocna, można ją zaskarżyć do sądu.

 

Dawid D. miał ranę postrzałową szyi


Na początku maja 2015 r. 27-latek został postrzelony z broni gładkolufowej podczas awantury stadionowej, do której doszło po przerwanym meczu Concordii Knurów z Ruchem Radzionków. Był w grupie osób, które weszły na murawę i - jak relacjonowała policja - dążyły do konfrontacji z kibicami drużyny przyjezdnej. Dawid D. miał ranę postrzałową szyi. Uszkodzenie naczyń krwionośnych skutkowało obfitym krwotokiem  i śmiercią. Zmarł po przewiezieniu do szpitala.


Śledztwo było prowadzone pod kątem niedopełnienia obowiązków i przekroczenia uprawnień przez funkcjonariuszy oraz nieumyślnego spowodowania śmierci. Umarzając postępowanie prokuratura uznała, że policjanci działali w ramach swoich uprawnień, kompetencji i zgodnie z przepisami.

 

"Użycie broni gładkolufowej było uzasadnione"


- Sama interwencja i użycie broni gładkolufowej było uzasadnione - policjanci działali w  celu odparcia zagrożenia życie i zdrowia funkcjonariuszy i kibiców Ruchu - powiedziała prok. Smorczewska.


Przypomniała, że strzelby mossberg na gumowe pociski nie mają przyrządów celowniczych - strzela się z nich "po lufie". Policjanci mierzą z reguły w najszersze miejsce ciała - w klatkę piersiową. - W tej konkretnej sytuacji pocisk trafił w szyję, ponieważ w chwili strzału kibic, który był pod wpływem alkoholu, nienaturalnie się zgiął - wyjaśniła prok. Smorczewska.
 

Wkrótce po tragicznych wydarzeniach do śląskiej policji zwróciła się Helsińska Fundacja Praw Człowieka, która prosiła o staranne wyjaśnienie wszystkich istotnych okoliczności sprawy związanych z użyciem broni gładkolufowej oraz kwestii obecności karetki pogotowia w pobliżu stadionu.

 

"Nie była szans na uratowanie kibica"

 

Mecz Concordia-Ruch traktowany był przez organizatora, delegatów Śląskiego Związku Piłki Nożnej, jako „trudny z punktu widzenia bezpieczeństwa, postawy kibiców, ich wzajemnej wrogości”. Spotkanie było kilkakrotnie przerywane - kibice rzucali na murawę kamienie, petardy i serpentyny, odpalali race. Wzywanie publiczności do spokoju nie przynosiło efektów i sędzia musiał zakończyć mecz przed czasem.


Jeszcze przed opuszczeniem murawy przez piłkarzy, trenerów i sędziów, na boisko wtargnęła kilkudziesięcioosobowa grupa kibiców Concordii. Przedostali się tam przeskakując ogrodzenie lub omijając je w niezabezpieczonych miejscach i ruszyli w kierunku kibiców gości.


Jak odpowiadała policja, z przepisów nie wynika, że w tym konkretnym przypadku powinien być zabezpieczony udział służb medycznych. Ta kwestia była wyjaśniana także przez prokuraturę, która nie dopatrzyła się uchybień. Ten mecz nie miał charakteru imprezy masowej, działania policyjne zaplanowano w formie zabezpieczenia prewencyjnego - wyjaśniła prok. Smorczewska. Zaznaczyła, że karetka przyjechała bardzo szybko, ale przy tego typu obrażeniach nie była szans na uratowanie kibica.

 

Kilkunastu policjantów odniosło rany


Po tragedii w Knurowie mimo apeli o zachowanie spokoju kilkakrotnie dochodziło do zamieszek - chuligani rzucali w mundurowych kamieniami i butelkami z łatwopalnym płynem. Policjanci użyli broni gładkolufowej i armatki wodnej. Podczas kilku dni w starciach poszkodowanych zostało kilkunastu policjantów. Zatrzymano kilkadziesiąt osób pod zarzutem czynnej napaści na funkcjonariuszy, znieważania ich oraz zniszczenia mienia.


PAP