Według aktu oskarżenia Prokuratury Okręgowej w Białymstoku, grupa działała od początku października do 20 listopada 2013 roku na terenie Koszalina, Kołobrzegu, Konina, Łodzi, Zgierza, Płocka, Piotrkowa Trybunalskiego, Siedlec, Bielska Podlaskiego i Białegostoku.

 

Oszustwa były dokonywane - jak to określają śledczy - zmodyfikowaną metodą "na wnuczka", choć - jak uzasadniał sąd - właściwszym określeniem byłaby metoda "na siostrzeńca i bratanka".

 

Jeden z członków grupy dzwonił bowiem na telefon stacjonarny do osób w podeszłym wieku, przekonywał, że jest takim właśnie członkiem rodziny. Prosił o udzielenie mu pożyczki, bo znalazł się w trudnej sytuacji albo ma wyjątkową biznesową okazję. Pieniądze miał zwrócić za kilka dni.

 

Podawali się za policjantów

 

Oszuści działali w taki sposób, że gdy danej osoby nie udało się od razu przekonać, po pierwszym telefonie był drugi. Tu dzwoniący podawał się za funkcjonariusza Centralnego Biura Śledczego Policji. Ten mężczyzna mówił, że przed nim dzwonił oszust i prosił o pomoc w jego zatrzymaniu. Owa pomoc miała polegać na przekazaniu pieniędzy oszustowi, ale w ramach akcji rzekomo monitorowanej i zabezpieczanej przez policję. Pieniądze zaś miały być po akcji zwrócone.

 

W niektórych przypadkach oszuści starali się nawet namówić osoby, do których dzwonili, by wzięły szybką pożyczkę w banku, aby pomóc w ujęciu przestępców, przekazując im te pieniądze.

 

Łącznie w sprawie było 42 pokrzywdzonych (osób, które przekazały pieniądze lub od których usiłowano je wyłudzić). Kwoty przekazane oszustom wahały się od 1 tys. zł do 30 tys. zł.

 

Łączna kwota we wszystkich zarzutach (wyłudzenia bądź usiłowania), to ponad 555 tys. zł oraz 800 dolarów.

 

Pieniądze wysyłali do Wielkiej Brytanii

 

Jeden z oskarżonych został skazany za 22 przypadki oszustw lub usiłowań ich dokonania, drugi za 40.

 

Ich rola w grupie polegała na odbieraniu pieniędzy w imieniu rzekomych krewnych. Był z góry powzięty zamiar oszustwa, oskarżeni doskonale wiedzieli, że chodzi o wyłudzenie pieniędzy, z przestępstwa uczynili sobie stałe źródło dochodów - tak uzasadniał wyrok sędzia Mariusz Kurowski.

 

Podkreślił, że ich zachowanie (odbiór pieniędzy od pokrzywdzonych) niejako wieńczyło dzieło, czyli stanowiło "niezbędne uzupełnienie" działania osób, które dzwoniły. - Bez ich zachowania te przestępstwa by nie zaistniały - mówił sędzia.

 

Za każdym razem 80 proc. wyłudzonej kwoty oszuści od razu przesyłali do Wielkiej Brytanii, gdzie zacierał się ślad przestępstwa. Do wysyłek wykorzystywali dane podstawianych osób.

 

Każdy z oszukanych miał więcej niż 70 lat

 

Sędzia Kurowski zwrócił uwagę, iż każda z oszukanych osób miała więcej niż 70 lat. - Trzeba być "wyjątkowym" człowiekiem, by w ten sposób pozbawiać ludzi w podeszłym wieku ich wszystkich oszczędności - powiedział.

 

Zaznaczył przy tym, że w niektórych przypadkach starsi ludzie nie tylko tracili oszczędności, ale musieli też spłacać zaciągnięte kredyty, gdy oszustom udało się ich do tego przekonać.

 

- W perfidny sposób wykorzystano naiwność i prawość wielu starszych ludzi. Troje z tych osób już nie żyje. Zatem można niestety powiedzieć w sposób niezwykle brutalny, ale to chyba oddaje istotę rzeczy, że ludziom stojącym nad grobem oskarżeni odbierali ostatnie pieniądze - dodał.

 

Dlatego sąd uznał, biorąc pod uwagę m.in. bardzo wysoki stopień społecznej szkodliwości tych przestępstw, że - mimo przyznania się do winy i skruchy oskarżonych - kary 5 i 7 lat więzienia nie będą zbyt surowe.

 

Obowiązek naprawienia wyrządzonej szkody

 

Wobec części poszkodowanych osób, które złożyły takie wnioski, sąd orzekł też obowiązek naprawienia wyrządzonej im szkody. W niektórych przypadkach skazani mają zwrócić 30-40 tys. zł, są też kwoty po kilka, kilkanaście tysięcy zł.

 

Wcześniej dwóch innych współoskarżonych o to samo przestępstwo dobrowolnie poddało się karze.

 

PAP