Wśród Islandczyków i 10-tysięcznej Polonii rośnie niepokój. Wulkanolodzy obserwują gwałtownie wzrastającą aktywność dwóch największych wulkanów Hekla i Katla. 

 

Katla - olbrzymia komora magmowa


W ostatnich dniach w rejonie wulkanu Katla odnotowano całą serię trzęsień ziemi, które miały siłę M4.0 i więcej. Tak dużej aktywności sejsmicznej nie notowano tam od 1977 roku, a więc od 39 lat. To oznacza, że pod powierzchnią ziemi mają miejsce procesy, które zakończą się rychłą erupcją.


Katla to jeden z najgroźniejszych wulkanów na świecie. Wybucha średnio 2 razy w ciągu wieku, zwykle nie później niż w kilka lat po wulkanie Eyjafjallajökull, i zawsze są to erupcje bardzo silne. Popioły rozprzestrzeniają się po całej Europie i zmieniają dzień w noc.


Katla spoczywa pod Mýrdalsjökull, czwartym co do wielkości lodowcem na Islandii o powierzchni ponad pół tysiąca kilometrów kwadratowych. Jej erupcja może spowodować roztopienie się 10-kilometrowej warstwy lodu spoczywającej w jej kalderze.


O potędze Katli świadczy jej olbrzymia komora magmowa. Jest ona 10 razy większa od tej znajdującej się pod wulkanem Eyjafjallajökull, który sparaliżował ruch lotniczy w Europie wiosną 2010 roku.


Tym razem problemy mogą się okazać znacznie poważniejsze. Na linii ognia znajdują się mieszkańcy niewielkich osad położonych u stóp wulkanu. Na przykład 300 osób zamieszkujących wieś Vik będzie miała na ewakuację zaledwie jedną godzinę, jeśli wulkan wybuchnie.

 

Erupcja Katli zawsze powodowała spustoszenie


Od czasów pierwszego osadnictwa, a więc od 930 roku naliczono już kilkanaście jego erupcji, z czego każda powodowała spore spustoszenia, zwłaszcza w rybackich osadach położonych na południowych wybrzeżach Islandii.


O skutkach erupcji świadczą olbrzymie ilości materiału piroklastycznego znalezionego w skałach w Norwegii i Szkocji. Tylko od kierunku wiatrów wiejących nad północnym Atlantykiem i północno-zachodnią Europą będzie zależeć to, czy popiół dotrze nad kontynent i spowoduje spustoszenia.


Pewne jest, że potencjalną erupcję Katli najgorzej zniosłaby branża turystyczna. Problem sięga przewoźników, którzy zmuszeni będą zastanowić się nad tym, jak bardzo popiół wpływa na samoloty i czy latanie podczas jego obecności będzie niebezpieczne.

 

Przebudza się wulkan zwany "wrotami piekieł"


Okazuje się jednak, że nie tylko Katla spędza sen z powiek Islandczykom i naszym rodakom. Wulkan Hekla, który w literaturze średniowiecza nazywany był "wrotami piekieł", i znajduje się zaledwie 100 kilometrów od Rejkiawiku, w każdej chwili może grozić pierwszą erupcją od 16 lat.

 

 

Wulkan Hekla, fot. Wikipedia.org/Hansueli Krapf


Po raz ostatni słyszeliśmy o nim w 2000 roku, ale na szczęście wówczas nie okazał się bardzo groźny. Jednak jego erupcja była spektakularna, ponieważ od ostrzegawczego trzęsienia po erupcję minęło ledwie 78 minut, a w ciągu pierwszych 30 minut po wybuchu, popioły wzbiły się na wysokość nawet 12 kilometrów.


Hekla jest uznawana za wulkan na granicy 3 i 4 stopnia w skali intensywności erupcji, a więc mniej więcej w połowie skali. Identyczną aktywnością charakteryzowała się erupcja wulkanu Eyjafjallajokull w 2010 roku. Zagrożenie więc jest zbliżone.

 

Wybrzuszają się północne podnóża wulkanów


Największa erupcja Hekli nastąpiła w 1766 roku, ale szkody duże nie były, bo samoloty jeszcze nie latały. W 1947 roku Hekla wyemitowała gigantyczne ilości popiołów, które w ciągu mniej niż 2 dni dotarły aż nad Finlandię, czyli pokonały 2 tysiące kilometrów. Do Atlantyku spadło 30 ton popiołu na każdy kilometr kwadratowy.


Po czym naukowcy poznają, że Hekla może wybuchnąć? Przede wszystkim nasilają się wstrząsy ziemi w rejonie wulkanu. Dla geologów najważniejszym przejawem zbliżającego się wybuchu jest wybrzuszenie północnych podnóży wulkanu. To oznacza, że komora magmowa powiększa się. Ostatnie badania wskazują, że materiału znajduje się w niej więcej niż 16 lat temu.


Hekla już kilkukrotnie straszyła mieszkańców Islandii. Pierwsze oznaki budzenia się wulkanu zaobserwowano w 2006 roku po serii silnych wstrząsów. W 2011 i 2013 roku doszło do wyraźnych wybrzuszeń w ziemi, ale nie skończyło się to erupcją.

 

Zagrożenie również dla linii lotniczych


Tym razem może być inaczej, stąd wulkanolodzy biją na alarm. Jeśli do erupcji dojdzie, to o tym czy do kontynentalnej Europy dotrą popioły zdecyduje kierunek wiatru na różnych wysokościach. Eksperci są zdania, że rozmiary chmury popiołów mogą być porównywalne do tych z erupcji Eyjafjallajokull.


W dodatku nad wulkanem przebiega jeden z korytarzy lotniczych. Każdego dnia przelatuje tamtędy 20-30 samolotów, których silniki mogą być wystawione na niszczycielską działalność popiołów. Gdyby doszło do erupcji, ruch lotniczy trzeba byłoby wstrzymać lub zmienić trasę samolotów.


Na Islandii najczęściej wieje z zachodu, a więc jest większe prawdopodobieństwo, że popiół dotrze nad Skandynawię. Jednak przy sprzyjającym układzie wyżów i niżów może się powtórzyć sytuacja z wiosny 2010 roku, kiedy największe ilości popiołów sięgnęły Wielkiej Brytanii paraliżując ruch lotniczy i uziemiając tysiące podróżnych.


twojapogoda.pl