Według aktu oskarżenia Budahazy utworzył organizację terrorystyczną Węgierskie Strzały, która usiłowała przy użyciu przemocy wpłynąć na zmianę polityki rządu i siać panikę w niektórych grupach społecznych.

 

Członkom organizacji zarzucono zaatakowanie przy użyciu koktajli Mołotowa biur Węgierskiej Partii Socjalistycznej oraz liberalnego Związku Wolnych Demokratów, domów deputowanych tych partii, a także klubów dla gejów.

 

Sam Budahazy został skazany na 13 lat więzienia, a jeden z jego towarzyszy - na 12 lat, za działalność terrorystyczną, kradzież i użycie broni palnej; czterech wspólników - na 10 lat, a jeden - na 9. Dwóch skazano na kary 2 lat więzienia w zawieszeniu, a pozostałych - na 5-7 lat pozbawienia wolności.

 

Wobec Budahazyego i 6 innych podsądnych zastosowano areszt domowy, a kolejnych trzech objęto zakazem opuszczania miejsca zamieszkania.

 

Jak podał portal Index, w sali sądowej było wielu sympatyków organizacji. Gdy wprowadzono Budahazyego, który wykrzyknął "Wolność!", rozległy się burzliwe oklaski i skandowano jego nazwisko.

 

 

W trakcie ogłaszania wyroków zebrani wielokrotnie podnosili wrzawę, a po zakończeniu ich odczytywania, gdy prokurator zapowiedział apelację i zabieganie o wyższe kary, w sali wybuchła awantura. Zwolennicy oskarżonych krzyczeli i wyważyli drzwi do sali posiedzeń. Pomieszczenie opróżniła policja.

 

Skrajnie prawicowa partia Jobbik uznała wyrok dla Budahazyego za niesprawiedliwy, podkreślając, że był jednym z przywódców protestów przeciwko rządom socjalistów po 2006 r., kiedy to ówczesny socjalistyczny premier Ferenc Gyurcsany przyznał, iż jego formacja oszukiwała wyborców.

 

Budahazy został schwytany w 2009 r., a dwa lata później rozpoczął się jego proces. Przez pierwsze dwa lata przebywał w areszcie, a potem w areszcie domowym, który zamieniono mu na zakaz opuszczania miejsca zamieszkania. Swobodę przemieszczania się odzyskał w 2014 r.

 

Większość oskarżonych nie przyznała się do winy, ale niektórzy złożyli zeznania obciążające ich samych i innych członków grupy.

 

W wyniku akcji grupy nikt nie został rany, z wyjątkiem przypadku pobicia prezentera telewizyjnego Sandora Csintalana, który był wcześniej socjalistycznym deputowanym.

 

PAP