Po 10 miesiącach poszukiwań, 9 sierpnia, udało się wydobyć rejestrator parametrów rejsu, czyli odpowiednik czarnych skrzynek w samolotach. Zlokalizowano go w spoczywającym na głębokości około 4,6 tys. metrów wraku już w kwietniu, ale dopiero kilka miesięcy później udało się go wydobyć dzięki zdalnie sterowanemu robotowi.

 

Już w maju komisja straży przybrzeżnej USA ujawniła, że kapitan Michael Davidson starał się uniknąć nadchodzącego huraganu Joaquin, ale prawdopodobnie miał do dyspozycji nieaktualne dane meteorologiczne. Zapisy z rejestratorów mają pozwolić na ustalenie dalszych szczegółów.

 

26-godzinne nagranie rozpoczyna się w momencie, kiedy kontenerowiec wypływa z portu na Jacksonville na Florydzie i płynie w kierunku Puerto Rico. Na ok. 10 minut przed końcem nagrania słychać jak Davidson nakazuje załodze opuścić statek, a straż przybrzeżną informuje o tym, że statek stracił moc z powodu sztormu.

 

Przedstawiciele NTSB zapewniają, że będą się starali przywrócić lepszą jakość nagrania. Pozwoli to m.in. odpowiedzieć na pytanie, czemu dowództwo statku nie zdecydowało się wcześniej wycofać z niebezpiecznego rejonu.

 

 

 

Wypłynął, mimo ostrzeżeń meteorologów

 

Na pokładzie statku, którego wrak odnaleziono na początku listopada 2015 roku, były 33 osoby, w tym pięciu Polaków. Wszyscy zginęli.

 

Statek - mimo ostrzeżeń meteorologów - wypłynął 29 września 2015 roku z Jacksonville na Florydzie do San Juan na Portoryko. Został uszkodzony w wyniku uderzenia huraganu i zatonął 1 października. Fale sięgały 15 metrów, a siła wiatru - 240 km/h. Z relacji załogi przed utratą łączności wiadomo, że statek miał nieczynne silniki, 15-stopniowy przechył, był uszkodzony i nabierał wody.

 

Polacy, którzy płynęli na pokładzie "El Faro", należeli do ekipy pomocniczej. Była to najtragiczniejsza katastrofa statku płynącego pod banderą USA od ponad 30 lat.

 

wbaltv.com, firstcoastnews.com