Ania Gryglewska mieszka we wsi Wola Otałęska na Podkarpaciu. Jej życie diametralnie różni się od życia jej rówieśników. Kiedy 3 lata temu jej mama zmarła na raka piersi, dziewczynka przejęła jej obowiązki. Dzielnie pomaga tacie w utrzymaniu gospodarstwa i domu. Opiekują się młodszą siostrą Agnieszką.

 

- Powiedziałam sobie, że muszę być silna, dać radę. Myślę, że mama jest chociaż trochę ze mnie dumna – mówiła na początku lipca Ania reporterce "Interwencji".

 

- Ona musi myśleć o lekarstwie dla Agnieszki, o ubraniu, umyciu jej i opiece nad nią. To jest na jej głowie - opowiadał wówczas Jan Gryglewski, ojciec dziewczynek.

 

Choroba ojca

 

Niestety, to nie był koniec dramatu tej rodziny. U pana Jana lekarze zdiagnozowali chorobę Parkinsona. Jest mu coraz trudniej utrzymać gospodarstwo.

 

- Nie chciałbym być ciężarem dla nich. Jak będę bardzo niesprawny, to nie chciałbym żyć. Wszystko już jest zaniedbane, bo nie daję rady. Zresztą, to nie na jednego człowieka - zaznaczał pan Jan.

 

- Tata raczej się nie załamał, tylko jest taki, nie wiem, zmęczony tym wszystkim. Ma już dość - mówiła Ania. Jak opowiadała, jaj największym marzeniem jest, by jej ojciec i siostra byli zdrowi.

 

Skryte pragnienie

 

Ania miała wtedy jeszcze jedno marzenie. Ani ona, ani jej siostra nigdy nie były na wakacjach, bo rodziny nie było na to stać. Chciała zobaczyć z siostrą polskie morze, ale bała się głośno o tym mówić, bo martwiła się, jak jej chory ojciec poradzi sobie sam w gospodarstwie. Po reportażu wiele się zmieniło. Dziewczynki mogły zacząć szykować się do wakacyjnej podróży nad polskie morze. Jak mówi pan Jan, przez miesiąc nie mówiły o niczym innym.
 
- Po reportażu bardzo dużo ludzi się odezwało, zaproponowali pomoc. Z moim zdrowiem jest troszkę lepiej. To dzięki pani doktor, która sama się zgłosiła i bardzo mi pomogła. Już widać poprawę, ale spodziewam się, że będzie jeszcze lepiej - powiedział Jan Gryglewski. Jest wdzięczny wszystkim, którzy pomogli.

 

- Cieszę się, że dziewczyny jadą. Ja całe życie nigdzie nie byłem. Niech chociaż one mają trochę inne życie - dodał.

 

Tydzień w Ustce

 

Dziewczynki wyjechały do Ustki. Właściciel jednego z tamtejszych hoteli zaprosił je na tygodniowe wakacje. Były zachwycone, tym co na nie czekało.

 

- Jest mi niezmiernie miło, że mogę mieć tak wyjątkowych gości - powiedział Łukasz de Lubicz-Szeliski, właściciel hotelu Grand Lubicz w Ustce.

 

- Chciałabym podziękować ludziom, którzy odezwali się i pomogli. To jest taka fajna rzecz – powiedziała wzruszona Ania.

 

"Interwencja"