Podczas konferencji prasowej w Bangkoku rzecznik policji Piyapan Pingmuang powiedział, że prowadzone jest śledztwo, ale do tej pory nie ustalono żadnego związku między wybuchami w kilku popularnych miejscach turystycznych na południu kraju. "To nie jest atak terrorystyczny. To po prostu lokalny sabotaż" - oznajmił.

 

Nie jest jasne, czy ataki były w jakiś sposób związane z islamską rebelią na południu Tajlandii. Islamscy rebelianci z tego regionu nie należą do globalnego ruchu dżihadu, lecz buntują się przeciwko dyskryminacji Malajów oraz muzułmanów w zamieszkanej głównie przez buddystów Tajlandii.

 

Eksperci: ataki wymierzone w branżę turystyczną

 

Do wszystkich wybuchów w czwartek i piątek doszło na południe od Bangkoku, m.in. w turystycznym mieście Hua Hin i na popularnej wyspie Phuket, co sugeruje zdaniem obserwatorów, że były wymierzone w branżę turystyczną. Od bezkrwawego zamachu stanu w maju 2014 roku gospodarka Tajlandii uległa spowolnieniu, ale sektor turystyczny pozostał jednym z nielicznych mocnych punktów. Od początku roku Tajlandię odwiedziło ponad 14 mln gości, wobec 12,5 mln rok temu.

 

Między czwartkowym wieczorem a piątkiem rano w sumie w pięciu miastach Tajlandii zdetonowano zdalnie co najmniej 12 ładunków wybuchowych. Według agencji EFE, powołującej się na policję, w atakach zginęło co najmniej czterech Tajlandczyków. W eksplozjach w Hua Hin, ok. 200 kilometrów na południowy zachód od Bangkoku, rannych zostało czterech Niemców, trzech Holendrów, dwóch Włochów i obywatel Austrii.

 

Według komentatorów czas zorganizowania ataków i ich lokalizacja wskazują, że stoją za nimi przeciwnicy rządzącej junty. Do zamachów doszło niecały tydzień od referendum, w którym ponad 60 proc. wyborców zagłosowało za nowym, kontrowersyjnym projektem konstytucji, mającym otworzyć drogę do wyborów. Referendum było największym testem opinii publicznej od przejęcia władzy przez armię i jest postrzegane jako impuls dla legitymacji rządu i jego planów. Frekwencja wyniosła ok. 55 proc.

 

PAP