- Żeby wprowadzić ten podatek, musimy zrobić inwentaryzację całego systemu i połączyć bazy danych ministerstwa finansów i ZUS. Obecnie to nie jest możliwe, bo Główny Inspektor Ochrony Danych Osobowych ma wątpliwości, czy można połączyć bazy dwóch państwowych urzędów. Dlatego z ostrożności przygotowaliśmy małą nowelizację ustawy o danych osobowych, która pozwoli tę przeszkodę wyeliminować. Dopóki dane nie zostaną scalone, nie jesteśmy w stanie podać konkretnych wyliczeń - tłumaczył Kowalczyk w wywiadzie dla "Pulsu Biznesu". 

 

- Jednolita danina nie będzie się zaczynała od zera, ale od składki emerytalnej. Dotychczasowy PIT zaczynałby się po kwocie wolnej od podatku w wys. 8 tys. zł. Od dochodu do 8 tys. zł opłacana tylko składka. Maksymalny próg dla składki emerytalnej to ok. 30-krotność płacy minimalnej - ujawnił.

 

Nowe rozwiązanie niekorzystne dla lepiej zarabiających


Nowy podatek ma być płacony od 1 stycznia 2018 roku. Według zapowiedzi, połączenie PIT-u i składek ma uprościć system podatkowy dla obywatela. Rząd chce też za pomocą nowego rozwiązania m.in. osiągnąć większą "sprawiedliwość społeczną". Chodzi o to, by rzeczywiste obciążenie podatkowe rosło wraz ze wzrostem dochodów i bogatsi zapłacili więcej za koszt odciążenia mniej zarabiających.


Nieoficjalnie w  PiS krążyły informacje o 5 progach podatkowych, czyli wysokościach dochodów, po przekroczeniu których podatek do zapłacenia, by rósł. Obecnie jest jeden próg w PIT 85,5 tys. zł i dwie stawki: 18 proc. i 32 proc. 


Według ekspertów na nowym rozwiązaniu prawdopodobnie ucierpią lepiej zarabiający. Formalnie bowiem ma pozostać limit składek ZUS (powyżej, którego przestaje się je płacić), ale po jego osiągnięciu kwota należnej składki ma jednak zwiększać część PIT nowego podatku.


Zdaniem doradców podatkowych, jest to rodzaj wybiegu, który ma pomóc rządowi zwiększyć publiczne dochody bez podnoszenia w przyszłości świadczeń emerytalnych dla najbogatszych.

 

pb.pl. polsatnews.pl