Słaby początek meczu i kilkuminutowy przestój w drugiej połowie przesądziły o porażce podopiecznych trenera Tałanta Dujszebajewa z ekipą gospodarzy. Polacy nie stanowili w defensywie monolitu, a w ataku chwilami brakowało im pomysłu na efektywne rozegranie piłki.

 

Zaczęło się od 4:0 dla Brazylijczyków. Pierwsze trafienie biało-czerwoni zaliczyli w siódmej minucie po karnym Karola Bieleckiego. Trzy minuty później po rzucie przez całe boisko na listę strzelców wpisał się bramkarz Cesar Augusto Almeida, podwyższając na 7:2. Po zmianie stron trafienie zaliczył także drugi golkiper brazylijski Maik dos Santos.

 

Dopiero od stanu 4:9 biało-czerwoni zaczęli mozolnie odrabiać straty. Już wtedy pierwszoplanową postacią w polskiej drużynie stawał się prawoskrzydłowy Michał Daszek, który w tym meczu zaimponował stuprocentową skutecznością - osiem rzutów zamienił na osiem goli. Siedem bramek na koncie miał Karol Bielecki, po dziewięciu próbach, w tym jednym niewykorzystanym karnym.

 

W 27. minucie wydawało się, że biało-czerwoni złapali odpowiedni rytm gry i po trafieniu Daszka przegrywali tylko 12:13. Jednak końcówka pierwszej części ponownie należała do gospodarzy, którzy do szatni na przerwę schodzili prowadząc 16:13.

 

Po przerwie Brazylijczycy utrzymywali dystans. Nie pomogła zmiana w polskiej bramce Sławomira Szmala na Piotra Wyszomirskiego. Fatalny dla szczypiornistów Dujszebajewa okazał się okres między 42. a 46. minutą, kiedy z wyniku 19:21 zrobiło się 19:26. W tym momencie przypominała się sromotna porażka z Chorwatami w styczniowych mistrzostwach Europy w Krakowie.

 

Brazylijczycy grali coraz bardziej na luzie i tylko dzięki temu, że w końcówce nie byli już tak skoncentrowani Polakom udało się zmniejszyć rozmiary porażki do 32:34.

 

PAP