Według "Gazety Wrocławskiej" do urzędu marszałkowskiego miały docierać informacje, że cenne znaczki ze zbiorów muzeum można kupić na aukcjach internetowych. Podobne sygnały miało otrzymywać także Ministerstwo Kultury.


W związku z tymi doniesieniami, urząd marszałkowski zdecydował o przeprowadzeniu kontroli w placówce. Miała ona potwierdzić, że w placówce popełniono wiele błędów proceduralnych, m.in. zezwolono na wstęp nieupoważnionych osób do pomieszczeń, w których przechowywane były eksponaty.


Z kontroli wynikać ma także, że już w marcu jedna z pracownic przeprowadzająca inwentaryzację poinformowała dyrektor o braku eksponatów. Jadwiga Bartków-Domagała miała - według informacji dziennika - zbagatelizować tę sprawę i dokończenie inwentaryzacji zlecić innej osobie. O tym fakcie nie dowiedział się nikt z urzędu marszałkowskiego.


Wciąż trwa inwentaryzacja


Kontrola z urzędu marszałkowskiego ujawniła brak wartościowych aparatów telefonicznych z lat 1900-1945, radioodbiorników i wojskowych aparatów polowych. Ich wartość oszacowano na kilkadziesiąt tysięcy złotych. Wartość kolekcjonerska może być jednak o wiele większa. Nie wykluczone, że w muzeum brakuje także znaczków pocztowych, których powinno być tam około 10 milionów.


W Muzeum Poczty i Telekomunikacji wciąż trwa inwentaryzacja.


Prokuratura jeszcze nie zajmuje się sprawą


Według Gazety Wrocławskiej marszałek województwa złożył zawiadomienie do prokuratury o możliwości popełnienia przestępstwa na szkodę Muzeum Poczty i Telekomunikacji we Wrocławiu, polegającego na utracie eksponatów. W piątek po południu dyrektor muzeum została dyscyplinarnie zwolniona.


- Prokuratura jeszcze nie zajmuje się sprawą, ponieważ we właściwej dla muzeum Prokuraturze Rejonowej Wrocław Krzyki-Wschód nie ma jeszcze zawiadomienia z urzędu marszałkowskiego. Możliwe, że zostało wysłane pocztą i jeszcze nie dotarło - poinformowała polsatnews.pl rzeczniczka Prokuratury Okręgowej we Wrocławiu Małgorzata Klaus.

 

polsatnews.pl, gazetawroclawska.pl