Le Pen zarzuciła Cazeneuve'owi, że ponosi odpowiedzialność za "bardzo poważne braki" w walce z falą terroryzmu we Francji zapoczątkowaną zamachami w 2015 roku.


- W jakimkolwiek innym kraju świata minister o dorobku tak straszliwym jak Bernard Cazeneuve, 250 zabitych w ciągu 18 miesięcy, podałby się do dymisji - powiedziała Le Pen, mając na myśli łączny bilans zamachów terrorystycznych w Paryżu ze stycznia i listopada 2015 roku oraz 14 lipca w Nicei.


"Konsekwencja zbrodniczej ideologii"


- Prezydent Republiki, premier i szef MSW spędzają czas na komentowaniu zamachów, mówieniu, że uniknięcie ich było niemożliwe, prawieniu morałów tym, którzy krytykują ich zaniechania, i na pouczaniu reszty świata. Tymczasem sami nigdy nie czują się winni - mówiła szefowa Frontu Narodowego na konferencji prasowej.


Jej zdaniem, zamach w Nicei "był konsekwencją zbrodniczej ideologii, której pozwala się rosnąć we Francji, ideologii islamskiego fundamentalizmu". Opowiedziała się za całkowitym jego wykorzenieniem we Francji.


"Do zamachu by nie doszło"


Głosy krytyczne wobec rządu słychać nie tylko na skrajnej prawicy, ale także wśród prawicowych Republikanów. W piątek mówił o tym m.in. były premier Alain Juppe, który chce się ubiegać o nominację partyjną w wyborach prezydenckich w 2017 roku. - Gdyby przedsięwzięto wszystkie środki, do zamachu w Nicei by nie doszło - powiedział.


Socjalistyczne władze zaprzeczają, jakoby doszło do zaniedbań w walce z terroryzmem. W odpowiedzi na krytykę ze strony opozycji wzywają do zachowania jedności i spójności kraju i apelują, by nie dać się wciągnąć w grę Państwa Islamskiego, które chce podzielić naród.


W sobotę w Paryżu odbyło się kryzysowe posiedzenie rządu pod przewodnictwem prezydenta Francois Hollande'a, po którym rzecznik Stephane Le Foll mówił, że "Francja pozostanie krajem, który szanuje swe zasady i wartości republikańskie".

 

PAP