Jak dodała, "starała się zachować spokojnie" i z dala od tłumu iść do hotelu. Dopiero gdy dotarła w bezpieczne miejsce odczuła ulgę, że "uszła z życiem".

 

"Myśleliśmy, że ktoś szerzy panikę"

 

Ilona Stańska, Polka ze Szczecina, mieszkająca na co dzień w Oslo w Norwegii, która wybrała się do Nicei z mężem na festiwal jazzowy, także była na miejscu tragedii.

 

- Byliśmy na promenadzie, mniej więcej w połowie trasy tej ciężarówki. Jakieś 3 minuty po zakończeniu fajerwerków, zaczęliśmy iść w stronę mieszkania – relacjonowała. Jak dodaje, ona i jej mąż na początku myśleli, że "ktoś szerzy panikę i po prostu krzyknął, że coś się dzieje, bo nagle wszyscy z paniką w oczach zaczęli biec".

 

- To było przerażające - podkreślała.

 

Ilona Stańska przyznała, że dopiero gdy doszła do mieszkania i zaczęła oglądać wiadomości, dotarło do niej, co się wydarzyło. Już w przekazach telewizyjnych Polacy zobaczyli, że w miejscu, w którym stali są ciała zabitych ludzi.

 

- Odczekał (zamachowiec – red.) moment, kiedy fajerwerki się zakończyły i ludzie zaczęli iść w stronę miasta. Ulica się wypełniła i wtedy on zaatakował. Na ulicy były tysiące osób. Jechał zygzakiem, żeby trafić jak najwięcej osób - powiedziała.

 

Pani Ilona i jej mąż podjęli decyzję, że zostają we Francji.

 

- Żaden atak terrorystyczny nie będzie kierował naszym życiem - podsumowała Polka.

 

 

 

 

Miejsce zamachu. Fot. Urszula Kmieć

 

Polsat News