Mieszkańcy zebrali pieniądze na rower wodny, chcąc połączyć przyjemne z pożytecznym: pływanie i sprzątanie zbiornika. Używany rowerek kupili na Mazurach i sprowadzili do Gdańska. - Każdy stosował się do regulaminu, czekał na swoją kolej, a po przycumowaniu do brzegu przywoził ze sobą kilka pustych butelek - opowiada Lewandowska.

 

Jak podkreśla, cała akcja została podjęta dlatego, że właściciel stawu, czyli Lasy Państwowe, nie podejmował się sprzątania zbiornika. W ciągu kilkunastu dni mieszkańcy wyłowili ze stawu kilkaset butelek, oponę, a nawet ławkę.

 

 

200 zł mandatu

 

We wtorek w związku z podjętą akcją doszło do interwencji Straży Leśnej. - Widocznie komuś inicjatywa nie przypadła do gustu i postanowił odezwać się do Nadleśnictwa Gdańskiego - komentuje Lewandowska.

 

Na miejsce przybyli funkcjonariusze straży, która zamierzała wywieźć rower na wysypisko śmieci. - Na szczęście w okolicy był mężczyzna, który mieszkał w okolicach stawu i zobaczył, że leśnicy załadowali rower "na pakę" samochodu. Powiedział, że jest jednym z fundatorów rowerku i zabrał go na teren swojej posesji. Został on jednak ukarany mandatem w wysokości 200 zł za zaśmiecanie terenu Lasów Państwowych - powiedziała Lewandowska.

 

Lewandowska przyznaje, że finał jest zasmucający. - Akcja bardzo zintegrowała mieszkańców. Od lat organizujemy takie przedsięwzięcia, a po wysprzątaniu przez długi czas na danym terenie jest czysto. Ciężko wrzucić ten pierwszy papierek - dodała.

 

Niebezpieczne skoki do wody

 

Sprawę komentuje rzecznik prasowy Nadleśnictwa Gdańskiego Michał Grabowski. - Pomysłodawcy postanowili korzystać z roweru w miejscu do tego niedozwolonym, poza tym został on postawiony na zbiorniku bez zgody właściciela, czyli Lasów Państwowych - powiedział. Podkreślił jednocześnie, że uzyskanie takiej zgody byłoby bardzo problematyczne.

 

- Tam regularnie zbiera się ludność na popijawy i libacje. Rower stał się dodatkowym atutem - powiedział Grabowski. Poinformował również, że pijani ludzie skakali z rowerka do stawu.

 

Odnosząc się do mandatu dla jednego z fundatorów stwierdził, że był on "nadgorliwością leśniczych", ale "człowiek przyjmując go przyznał się do popełnienia czynu". Dodał również, że staw jest raz w miesiącu czyszczony przez Nadleśnictwo. - Jednorazowa akcja nie jest w stanie tych wszystkich śmieci zgarnąć - dodał.

 

Będzie petycja

 

Pismo, by rower mógł dalej być "atrakcją stawu" zostanie wysłany do Nadleśnictwa jeszcze w tym tygodniu. Jednak, jak powiedział rzecznik Lasów Państwowych, prośba nie zostanie pozytywnie rozpatrzona. - Odpowiadamy za bezpieczeństwo na tym terenie, tam musiałby być ratownik. Rower nie może tam stać bez stałego nadzoru i kontroli - podsumował Grabowski.

 

polsatnews.pl