To kolejna inicjatywa rządu Prawa i Sprawiedliwości w obszarze środowiska przyrodniczego. Wcześniej minister Szyszko rozpoczął program, na podstawie którego na 2/3 powierzchni Puszczy Białowieskiej dojdzie do wycinki drzew. Na początku lipca przedstawiciele Komisji Europejskiej wyrazili oczekiwanie, że się z niej wycofa. - Resort środowiska i minister Szyszko mają zupełnie inne podejście do międzynarodowych trendów - ocenia Radosław Ślusarczyk z Pracowni na rzecz Wszystkich Istot. 

 

 

To gmina zdecyduje?

 

W piątek na stronie Rządowego Centrum Legislacji pojawił się projekt Ministerstwa Środowiska. Proponuje szereg zmian w ustawach: prawo ochrony środowiska, o ochronie przyrody oraz w ustawie o udostępnianiu informacji o środowisku. Resort właśnie rozpoczął konsultacje społeczne.

 

Rewolucja czeka procedurę uzyskiwania pozwolenia na wycinkę drzew. Do tej pory każdy, kto chciał je usunąć ze swojej działki, czy planowanego obszaru inwestycji, musiał obligatoryjnie prosić wójta, burmistrza, albo prezydenta miasta o pozwolenie. Kiedy dostawał zgodę, mógł też zostać zobowiązany do uiszczenia opłaty za ich usunięcie, bądź wykonania tzw. nasadzeń następczych.

 

Teraz ministerstwo chce, aby to gminy określiły, czy w ogóle jest potrzebne pozwolenie, a jeśli tak, to w jakich przypadkach. Mają też decydować, kiedy trzeba będzie za to zapłacić i ile. Jak twierdzi resort: "uzasadnione jest przeniesienie tych kompetencji na poziom lokalny, tak, aby umożliwić gminom samodzielne i pełniejsze kształtowanie polityki ochrony zadrzewień na swoim terenie."

 

"Urzędnicy pójdą na skróty"

 

- To jest bardzo niekorzystna zmiana. Mam nadzieję, że nie wejdzie w życie. Gminy nie będą chronić drzew - mówi portalowi polsatnews.pl Radosław Ślusarczyk. Opisuje przykład z okolicy w której działa. Urzędnicy wielokrotnie chcieli wyciąć drzewa, ale po sprzeciwie strony społecznej, której przyznawało rację Samorządowe Kolegium Odwoławcze, do tego nie dochodziło.

 

Zdaniem eksperta "urzędnicy, jak nie muszą pracować, to nie pracują". Uważa, że nie będą przeprowadzać odpowiednich postępowań jak do tej pory. Dodaje, że nie chodzi tylko o złą wolę. Jego zdaniem w gminach nie ma odpowiedniej kadry - Teraz zajmują się tym wyspecjalizowane organy. Obowiązują procedury. Gmin nie będzie stać, żeby takich specjalistów zatrudnić - ocenia.

 

Co z pomnikami przyrody?

 

Resort chce również, aby można było usuwać martwe, bądź obumierające drzewa z grupy drzew, które stanowią pomnik przyrody, oraz dosadzać nowe. Mają o tym również decydować gminni radni. Resort argumentuje, że obecne przepisy w tym zakresie są nieprecyzyjne i zmiany są konieczne, aby lepiej drzewa chronić. Eksperci przy sprawie wycinki w Puszczy Białowieskiej wielokrotnie wypowiadali się, że takie drewno powinno zostać w lesie.

 

- Wiem, że dla wielu ludzi martwe drzewo w lesie to oznaka "choroby" albo działania "szkodników", ale to tak naprawdę one są bardziej "żywe" niż te faktycznie żywe - powiedział wtedy  na łamach "Newsweeka" Adam Wajrak, dziennikarz, autor wielu artykułów i książek o tematyce przyrodniczej.

 

- To jest bardzo cenne środowisko dla wielu gatunków, które występują w Polsce, ale niekoniecznie w Europie - potwierdza Ślusarczyk. Są niezbędne do prawidłowego funkcjonowania lasu. Chodzi też o aspekt ekonomiczny. Na zachodzie wiedzą, że działka ze starodrzewiem jest ok. 30 procent droższa od tej, na której nic nie rośnie - dodaje.

 

"Ludzie z klucza partyjnego"

 

Ministerstwo chce też zrezygnować z koniecznego kierunkowego wykształcenia, jakie powinni mieć regionalni konserwatorzy, czyli najważniejsze osoby w województwie, zajmujące się ochroną przyrody. Teraz muszą skończyć np. biologię, leśnictwo, czy ochronę środowiska. W uzasadnieniu zmian napisano, że "zwiększy to elastyczność działania". - Jeśli to będą ludzie bez odpowiedniego doświadczenia, to będą popełniać błędy, a to może się skończyć problemami choćby z rozliczeniem unijnych dotacji - zauważa Ślusarczyk. Podkreśla, że na tym stanowisku wymaga jest rozległa wiedza i rozumienie ochrony przyrody na poziomie międzynarodowym.

 

"Pierwszy krok do odstrzału zwierząt"

 

Zwraca uwagę też na inną zmianę, proponowaną przez resort. - W Polsce hodowca, który poniósł szkodę w wyniku działalności dzikich zwierząt podlegających ochronie, może ubiegać się o odszkodowanie. Wtedy specjaliści przyjeżdżają, szacują straty, a potem są wypłacane pieniądze. Ten system działa i jest modelowy. Pokazujemy go na konferencjach międzynarodowych - mówi Ślusarczyk. - Teraz resort chce, żeby hodowca wykazał, że zrobił wszystko, żeby przed atakiem drapieżników się zabezpieczyć, a nie da się przecież wszystkiego zrobić - uważa ekspert.

 

Jego zdaniem takie przepisy spowodują konflikty społeczne. - Hodowcy będą mieli pretensje do rządu, a wtedy najłatwiejszym rozwiązaniem może być odstrzał zwierząt - mówi portalowi polsatnews.pl. - Akceptacja w Polsce dla drapieżników jest bardzo wysoka. To jest wspaniałe, ale może się zmienić - dodaje.  

 

Proponowane zmiany resort rozesłał w piątek do organizacji ekologicznych. Na przesłanie swoich uwag mają czas do końca lipca. Jednak o inicjatywie ministerstwa Pracownia na rzecz Wszystkich Istot dowiedziała się przypadkiem. - Do nas takie pismo nie dotarło, ale oczywiście i tak prześlemy swoje stanowisko - mówi Radosław Ślusarczyk.

 

Jan Kunert