Claudio, bo tak ma na imię Angolczyk, w piątek o godzinie 12 przyleciał do Warszawy. Jak twierdzą jego znajomi miał wraz z synem odwiedzić przyjaciół w Polsce. – Poza tym chce wysłać syna na studia do Polski, dlatego chcieli sprawdzić jak to u nas wygląda i ocenić, czy syn będzie chciał tu studiować - mówi znajoma Angolczyka.

 

Dodaje, że nie była to jego pierwsza wizyta w Europie. W ostatnim czasie był m.in. we Francji, dlatego nie spodziewał się problemów. – Tym bardziej, że miał przy sobie wszystkie wymagane dokumenty i gotówkę na pobyt tutaj, bo to także jest sprawdzane - podkreśla kobieta.

 

Opowiada, że Straż Graniczna nie pozwoliła jednak mężczyźnie i jego synowi przekroczyć granicy. Zabrano im paszporty. I - jak zaznacza - dopiero ok. godziny 18, czyli po 6 godzinach pobytu w Polsce dowiedzieli się, że poza lotnisko nie wyjdą.

 

Na Okęciu spędzili noc i w sobotę, o godzinie 15, odesłano ich do domu.

 

Jak powiedziała polsatnews.pl rzeczniczka Nadwiślańskiego Oddziału Straży Granicznej, chor. szt. Dagmara Bielec-Janas, za opiekę nad nimi, jedzenie i bilet powrotny do ojczyzny (przez Dubaj, bo tak dostali się do Polski), odpowiadały linie lotnicze. Zgodnie z prawem to one w takich przypadkach zajmują się niewpuszczanymi do danego kraju.

 

Znajoma Angolczyka twierdzi jednak iż ten relacjonował jej, że razem z synem nie dostali jedzenia i były problemy w tłumaczem. - To poważny człowiek, nie miałby powodów, żeby kłamać - mówi.

 

Dlaczego nie zostali wpuszczeni?

 

Straż Graniczna "nie chce wdawać się w szczegóły". Informuje, że "mężczyzna nie spełnił wymogów formalnych", dlatego nie mógł zostać przepuszczony przez polską granicę.

 

Znajoma Claudio: - Powiedział mi, że nie został wpuszczony, bo nie miał zarezerwowanego hotelu.

 

Rzeczniczka Straży Granicznej: - Hotel to jedna z wielu przesłanek. Gdyby naprawdę chciał odwiedzić znajomych, mógł ubiegać się o ich zaproszenie do Polski.

 

Poza tym Straż Graniczna nie wie, dlaczego ta konkretna sprawa wywołała takie zamieszanie, skoro "tylko wczoraj na terytorium Polski nie wpuszczono 500 osób". - W ciągu ostatniego miesiąca na lotnisku Okęcie było 56 takich przypadków - dodała rzeczniczka.

 

Piotr Bystranin z fundacji Ocalenie, która monitoruje sprawę, przyznaje, że największy problem w tego typu sytuacjach polega na braku możliwości wglądu do decyzji o niewpuszczeniu obywatela. - Prawo odwołania także jest fikcją, bo takie osoby najczęściej w ciągu 12 godzin są deportowane. Poza tym sami cudzoziemcy nie rozumieją, co się z nimi dzieje - powiedział.

 

polsatnews.pl