13 czerwca sąd w czasie rozprawy niejawnej wysłuchał mów końcowych w tej sprawie - poinformowała sędzia Ewa Leszczyńska-Furtak, rzeczniczka SO. Dodała, że z jawnego wyciągu protokołu rozprawy wynika, iż prokurator wniósł o uznanie winy i skazanie oskarżonego za oba zarzucane mu czyny.


Bielawnego oskarżono o niedopełnienie - od 18 marca do 10 kwietnia 2010 r. - obowiązków związanych z planowaniem, organizacją i realizacją zadań ochronnych Biura. Według Prokuratury Okręgowej Warszawa-Praga "skutkowało to znacznym obniżeniem bezpieczeństwa ochranianych osób, czym działał na szkodę interesu publicznego, tj. zapewnienia ochrony prezydentowi RP i prezesowi Rady Ministrów oraz interesu prywatnego osób pełniących urząd prezydenta RP Lecha Kaczyńskiego i jego małżonki Marii Kaczyńskiej oraz urząd prezesa Rady Ministrów Donalda Tuska". Drugi zarzut to poświadczenie nieprawdy w dokumentach, że fotograf współpracujący z BOR jest funkcjonariuszem Biura w delegacji do Smoleńska. Za ten drugi zarzut grozi do 5 lat więzienia; za pierwszy - do 3 lat.


Obrona wnosi o uniewinnienie


Jak podała sędzia Leszczyńska-Furtak, prokurator wnosił o kary jednostkowe: półtora roku pozbawienia wolności za pierwszy zarzucany czyn oraz roku - za drugi. Zarazem wniósł o orzeczenie kary łącznej: 2 lat pozbawienia wolności z warunkowym zawieszeniem jej wykonania na 5 lat; 10 tys. zł grzywny oraz zakazu wykonywania zawodu funkcjonariusza BOR na 10 lat.


Obrońca i sam oskarżony wnieśli o uniewinnienie; oskarżyciel posiłkowy nie był obecny - dodała sędzia Leszczyńska-Furtak. Zapowiedziała, że ogłoszenie motywów wyroku odbędzie się jawne.


W rozpoczętym w listopadzie 2014 r. procesie Bielawny nie przyznawał się do zarzutów. W czwartek powiedział tylko, że wnosił o uniewinnienie. Przed procesem mówił, że jest przekonany, iż sąd oczyści go z zarzutów.


Liczne zaniedbania


Podstawą oskarżenia były opinie dwóch biegłych, według których m.in. sposób organizacji i realizacji działań ochronnych był niezgodny z zasadami BOR. Według nich Bielawny odpowiada m.in. za "świadome odstąpienie" od rozpoznania przez BOR lotniska w Smoleńsku; nieobecność BOR na nim oraz niesprawdzenie tras przejazdu prezydenta. Według biegłych wizyty Tuska oraz L. Kaczyńskiego różniły się pod względem bezpieczeństwa, bo w pierwszej - wobec obecności premiera Rosji Władimira Putina - służby rosyjskie były mocno zaangażowane w jej ochronę. - Poziom ochrony wizyty Tuska był nieporównywalnie wyższy - ocenili biegli.


Podkreślili brak choć jednego oficera BOR, który czekałby na L. Kaczyńskiego na lotnisku. Spowodowało to brak wiedzy BOR, jak będzie kołował samolot, kto powita prezydenta na płycie i którędy ewakuować głowę państwa w razie zagrożenia. Ponadto nie sprawdzono np. wysokości okolicznych drzew oraz tego, czy na płycie może się pojawić jakiś pojazd. Zdaniem biegłych Bielawny odpowiada też za nienależyte przeprowadzenie analizy zagrożeń; przygotowanie planu ochrony niezgodnie z zasadami; niewłaściwy nadzór, wybór oficerów do ochrony w Smoleńsku bez doświadczenia w wizytach zagranicznych; niewyznaczenie dowódców zabezpieczenia; brak zadbania o system łączności oficerów BOR w Rosji. 


"Prezydent prawie nie był chroniony"


W 2012 r. pojawiły się głosy, iż jeden z ekspertów, były oficer BOR Jarosław Kaczyński, jest w konflikcie prawnym z dawnym pracodawcą. Prokuratura zapewniała wtedy, że nie ma on "sformalizowanego sporu z BOR", a śledczy dołożyli "wszelkich starań celem oceny bezstronności obu biegłych".


W ubiegłym roku sąd zajmował się opiniami tych biegłych, a oskarżony składał wyjaśnienia co do ich treści. Większość rozpraw była niejawna z uwagi na specyfikę procedur ochronnych BOR.


Oskarżycielem posiłkowym w sprawie jest Jarosław Kaczyński. Poprzedni jego pełnomocnik mec. Piotr Pszczółkowski (od grudnia ubiegłego roku sędzia TK) mówił wcześniej, że z opinii biegłych wynika, iż L. Kaczyński "praktycznie chroniony nie był". Dodawał, że ława oskarżonych powinna "przy takiej masie uchybień" objąć więcej osób, bo - jego zdaniem - powinien był na niej zasiąść także były szef BOR gen. Marian Janicki.


Zawiła sprawa "szczególnej wagi"


W śledztwie Bielawny nie przyznał się do zarzutu i odmówił składania wyjaśnień. Po przedstawieniu zarzutów w lutym 2012 r. ówczesny szef MSW Jacek Cichocki zdymisjonował go ze stanowiska wiceszefa BOR. Akt oskarżenia prokuratura skierowała do sądu w czerwcu 2012 r. Jesienią 2012 r. sprawę przeniesiono z sądu rejonowego do okręgowego ze względu na jej "szczególną wagę i zawiłość".


Niedawno wiceszef MSWiA Jarosław Zieliński podawał, że przedłużono prace zespołu powołanego w BOR do oceny zabezpieczenia wizyty prezydenta Lecha Kaczyńskiego 10 kwietnia 2010 r.; sprawozdanie powinno powstać do końca sierpnia.


Sprawę Bielawnego wyłączono ze śledztwa dotyczącego organizacji lotów do Smoleńska w zakresie odpowiedzialności instytucji cywilnych. Prokuratura Okręgowa Warszawa-Praga prawomocnie je umorzyła, bo oceniła, że choć były nieprawidłowości przy organizacji lotów, to nie wystarczają one do postawienia zarzutów.


Po umorzeniu tego śledztwa część rodzin ofiar katastrofy wniosła prywatny akt oskarżenia o niedopełnienie obowiązków przy organizacji lotu prezydenta 10 kwietnia przez pięciorga urzędników KPRM i ambasady RP w Moskwie, w tym byłego szefa KPRM Tomasza Arabskiego. Proces ten toczy się także przed Sądem Okręgowym w Warszawie.


Śledztwo przedłużone


W kwietniu, po sześciu latach śledztwa ws. katastrofy smoleńskiej, przejęła je od zlikwidowanej prokuratury wojskowej Prokuratura Krajowa; sprawa trafiła do zespołu ośmiu prokuratorów.


Śledztwo jest przedłużone do 10 października 2016 r. 10 kwietnia 2010 r. zginęło w niej 96 osób, w tym prezydent Lech Kaczyński, jego małżonka oraz wielu wysokich rangą urzędników państwowych i dowódców wojskowych. Prokuratura wojskowa postawiła zarzuty dwóm rosyjskim kontrolerom lotów ze Smoleńska (nie zdołano im ich przedstawić) oraz dwóm wojskowym z rozwiązanego po katastrofie 36. pułku lotniczego. Własne śledztwo prowadzi strona rosyjska, która wiele razy podawała, że przed jego zakończeniem nie zwróci Polsce wraku Tu-154 i jego "czarnych skrzynek".

 

PAP