W edukacji domowej dzieci nie chodzą do tradycyjnej szkoły, publicznej, społecznej czy prywatnej, lecz uczą się same z pomocą i pod kierunkiem swoich rodziców lub opiekunów. Mogą uczestniczyć w zajęciach dodatkowych. Taką formę nauczania umożliwia Ustawa o systemie oświaty z 1991 roku.

 

Ponad 6 tys. dzieci poza tradycyjną oświatą 


Na jej podstawie na wniosek rodziców dyrektor przedszkola, szkoły podstawowej, gimnazjum lub szkoły ponadgimnazjalnej, do której dziecko zostało przyjęte, może zezwolić na naukę poza przedszkolem lub szkołą. Postępy w nauce sprawdzane są podczas egzaminów raz lub dwa razy w roku, których zakres i formę ustala dyrektor.

 

Z danych ministerstwa edukacji narodowej wynika, że w tym roku szkolnym edukacją domową objętych było ponad 6 tys. dzieci. Zdecydowana ich większość, ponad 5 tys., jest zarejestrowana w szkołach niepublicznych. 

 

Propagatorzy domowej formy nauczania przekonują, że dopełnia ona system oświaty i nikt nie powinien mieć obaw, że zastąpi edukację publiczną. Poza tym, jak zaznaczają, uczy odpowiedzialności, efektywności i wykorzystywania wielu źródeł wiedzy i stymuluje kreatywność. Jest przy tym wsparciem dla Polaków mieszkających za granicą, szczególnie rodziców, którzy chcą zapewnić dzieciom systematyczny kontakt z językiem polskim i stanowi wsparcie dla dzieci z niepełnosprawnościami.

 

Mniejsza subwencja, obawa przed rejonizacją

 

Krzysztof Tusiński, prawnik i propagator edukacji domowej przyznaje, że od kilku miesięcy środowisko rodziców uczących w domach, odbiera "negatywne sygnały".

 

Najpierw 22 grudnia ubiegłego roku minister edukacji podpisała rozporządzenie obniżające o 40 proc. wysokość subwencji przekazywanych na dzieci w tzw. edukacji domowej.

 

- Pierwszy raz rozporządzenie dotknęło bezpośrednio edukacji domowej. Poza tym weszło w życie 1 stycznia, czyli już 9 dni po podpisaniu go przez minister Zalewską - przypomina Tusiński.

 

Z kolei w maju minister Zalewska oświadczyła w Sejmie, że wprowadzona w 2009 roku zmiana przepisów dotyczących edukacji domowej spowodowała, iż uczniowie korzystający z niej mogą być przypisani do dowolnej szkoły; nie obowiązuje ich rejonizacja, w efekcie dochodzi do patologii. Jak powiedziała, są szkoły, które pobierają pieniądze na organizację zajęć dodatkowych dla uczniów, którzy są rozproszeni po całym kraju.

 

Grupa robocza do negocjacji z resortem

 

Aby przeciwdziałać ewentulanym zmianom, ktore mogą zagrozić efektywności i jakości domowej edukacji rodzice powołali Grupę Roboczą ds. kontaktów z MEN, która rozmawia z przedstawicielami ministerstwa.

 

Przekonują, że dzieci uczące się w tym systemie powinny być traktowane jak wszyscy inni uczniowie;  że edukację domową też można rozpocząć w ciągu roku szkolnego a przede wszystkim, że uczniowie ci powinni zachować prawo wyboru szkoły również poza terenem gminy, w której uczeń mieszka.

 

- A temu mogłoby zagrozić wprowadzenie rejonizacji. Chodzi o to, by rodzice mogli posłać dziecko do szkoły, która sprzyja edukacji domowej - wyjaśnia Tusiński. Jak dodaje, jeśli wróci rejonizacja, może pojawić się problem utrudnionej współpracy między rodzicami dziecka uczonego w domu a dyrekcją szkoły, pod którą podlega. 

 

- Dyrekcja może nie być przychylna, skoro rodzice zabrali ze szkoły swoje dziecko czy dzieci - dodaje.

 

Problemy edukacji domowej były omawiane w czasie debaty zorganizowanej we wtorek w Warszawie. W dyskusji pt. „Edukacja domowa. Jedna teza - pięć perspektyw" udział wziął m.in. wiceminister edukacji narodowej Maciej Kopeć.

 

polsatnews.pl, Polsat News/Julia Długosz