Zatrudniająca blisko 1,4 tys. osób kopalnia należy do Spółki Restrukturyzacji Kopalń (SRK), gdzie dotąd trafiały jedynie kopalnie likwidowane. Zakład korzysta z budżetowych dopłat do strat produkcyjnych. Załoga boi się likwidacji kopalni i chce rozmów o różnych wariantach jej dalszego działania.

 

Powrót do rozmów we wtorek


Jak powiedział w poniedziałek szef Solidarności w kopalni Artur Banisz, kolejne rozmowy z wiceministrem energii Grzegorzem Tobiszowskim zaplanowano na wtorkowe popołudnie; do takiego spotkania doszło też w minioną sobotę, jednak nie przyniosło ono żadnych rozstrzygnięć.


- Najważniejsze, że jest wola rozmów - powiedział Banisz, tłumacząc, że wobec podjęcia przez przedstawicieli rządu dialogu związkowcy zrezygnowali z zaplanowanej na poniedziałkowe popołudnie pikiety biura poselskiego premier Beaty Szydło w Brzeszczach. Drugim powodem odwołania pikiety jest - według związkowca - trwający remont biura, którego zadania czasowo przejęło biuro poselskie w Oświęcimiu.

 

Część górników chciała protestować


Z decyzją o odwołaniu poniedziałkowej pikiety nie zgodziła się część górników i kopalnianych działaczy - wśród nich szef komisji zakładowej Związku Zawodowego Górników w Polsce Andrzej Chwiluk. Mimo formalnego odwołania pikiety, około 50-osobowa grupa górników przyjechała w poniedziałek do Brzeszcz, gdzie mieści się biuro poselskie premier Szydło. Ponieważ było zamknięte, górnych obkleili drzwi wyjściowe petycją w obronie kopalni.

 

- Dobrze byłoby, żeby premier do nas przyjechała i zobaczyła, co dzieje się w zakładzie i jak jej ministrowie, politycy rozwiązują problemy na Śląsku - powiedział Chwiluk.

 

Jak informuje reporter Polsat News, Krzysztof Bąk wybór Brzeszcz nie był przypadkowy. Premier Szydło przez 7 lat była burmistrzem tej miejscowości, w dodatku znajduje się tam kopalnia, dla której znaleziono inwestora. A to główny postulat związkowców z kopalni Makoszowy.

 

Prezydent Zabrza z deklaracją pomocy


Wsparcie dla górników oraz chęć uczestnictwa w rozmowach o przyszłości zakładu deklaruje też samorząd Zabrza. Prezydent miasta Małgorzata Mańka-Szulik na 27 czerwca zaprosiła na spotkanie przedstawicieli strony rządowej, kierownictwa kopalni, związku zawodowych, a także naukowców i ekspertów z zakresu górnictwa. Ma to być forum dialogu o najlepszych rozwiązaniach dla kopalni.

 

- Jako samorząd staramy się mocno wyartykułować wszystkie argumenty na rzecz przyszłości kopalni Makoszowy, które rząd przecież  zna. Trzeba zastanowić się, na ile dobre jest usytuowanie kopalni w SRK, a jeśli zakład już tam jest, trzeba stawiać pytanie, co należy zrobić, żeby go ochronić i dać perspektywę rozwoju. Ale to już pytania do rządu - powiedziała w poniedziałek  prezydent Mańka-Szulik.


- Deklarujemy wsparcie dla załogi i dla zakładu pracy; na pewno samorząd zabrzański nie zostawi kopalni Makoszowy - podkreśliła prezydent, wskazując przy tym na ograniczone możliwości działania samorządu odnośnie spółki należącej do Skarbu Państwa. Przypomniała, że kopalnia ma złoża dobrego węgla energetycznego; jej zdaniem zakład może też osiągać dobre wyniki ekonomiczne.

 

Likwidacja kopalni to "nieuzasadniony koszt społeczny i ekonomiczny"


W ubiegłym tygodniu zabrzańscy radni przyjęli apel "o pilne podjęcie działań zmierzających do zapewnienia dalszego funkcjonowania kopalni". Napisali w nim m.in. że Makoszowy to zakład ważny dla rynku pracy w mieście i regionie, dający zatrudnienie nie tylko dla ok. 1,5 tys. pracowników kopalni, ale też ok. 6 tys. osób zatrudnionych u kooperantów.


- Ewentualna likwidacja zakładu oznacza nie tylko redukcję zatrudnienia, ale także wymaga olbrzymich nakładów finansowych na przeprowadzenie tego - nieuzasadnionego pod względem społecznym i ekonomicznym - procesu - napisali miejscy radni w swoim apelu, przypominając, że Zabrze nadal walczy ze skutkami destabilizacji rynku pracy po tym, gdy podczas poprzedniej reformy górnictwa w mieście zamknięto 5 kopalń, a bezrobocie wzrosło do 24 proc.

 

Dopłata do każdej wydobytej tony - 300 zł


"Porozumienie zawarte 17 stycznia 2015 r. (z rządem Ewy Kopacz - red.) zakładało prowadzenie eksploatacji i przygotowanie programu naprawczego. Został on opracowany i wdrożony w uzgodnieniu ze związkami zawodowymi. Niestety, do chwili obecnej nie znaleziono inwestora ani nie stworzono warunków do innej formuły działalności kopalni" - czytamy w samorządowym apelu.


Kopalnia Makoszowy dopłaca obecnie do każdej wydobytej tony węgla średnio ponad 300 zł. Koszt wydobycia jednej tony wyniósł w tym roku w tej kopalni 507 zł, a średnia cena sprzedaży węgla to 204 zł za tonę. Dlatego zakład korzysta z budżetowych dopłat do strat produkcyjnych, które są możliwe jedynie w kopalniach przekazanych do SRK. W ubiegłym roku kopalnia wykorzystała 61 mln zł takiej dotacji, a od początku tego roku już 101 mln zł z zaplanowanej na cały 2016 r. subwencji w wysokości 157 mln zł.

 

Nikt nie chce kupić kopalni


Gdyby potencjalny inwestor teraz przejął kopalnię, musiałby zwrócić co najmniej 162 mln zł, do końca roku kwota ta wzrośnie do ponad 200 mln zł. Ponadto ze środków budżetowych sfinansowano świadczenia socjalne dla odchodzących z pracy górników. Z urlopów górniczych i jednorazowych odpraw pieniężnych skorzystało dotąd 470 pracowników, co kosztowało budżet ok. 28,7 mln zł - inwestor kupujący zakład musiałby liczyć się także z potencjalnym zwrotem tych środków. Do SRK nie wpłynęła dotąd żadna oferta zakupu kopalni.


Unijne przepisy zabraniają pomocy publicznej dla kopalń węgla, dopuszczając wsparcie jedynie dla zakładów przeznaczonych do zamknięcia - na pokrycie strat produkcyjnych, osłony dla odchodzących pracowników oraz działania likwidacyjne. Nieoficjalnie przedstawiciele resortu energii wskazują, że sprawa kopalni Makoszowy może niekorzystnie wpłynąć na trwający proces notyfikacji programu naprawczego dla polskiego górnictwa w Komisji Europejskiej. 


PAP, fot: PAP/Stanisław Rozpędzik