Burmistrz Orlando, Buddy Dyer, oświadczył, że to najbardziej krwawy incydent z użyciem broni palnej w historii USA, przewyższający liczbą ofiar masakrę na politechnice w Wirginii w 2007 roku - zginęło wówczas ok. 30 osób.

 

W związku ze skalą tragedii burmistrz wprowadził w mieście stan wyjątkowy i zwrócił się do gubernatora Florydy, by uczynił to samo w całym stanie.

 

Wielu rannych w szpitalach jest w stanie krytycznym. - Obawiam się, że bilans ofiar śmiertelnych wzrośnie - powiedział agencji Associated Press chirurg Mike Cheatham. Wśród rannych jest policjant, który ma rany postrzałowe twarzy.

 

Jak poinformowano, wszczęto śledztwo w sprawie terroryzmu.

 

Sprawca zidentyfikowany

 

Sprawca został przez amerykańskie stacje telewizyjne zidentyfikowany jako Omar Seddique Mateen, obywatel amerykański pochodzenia afgańskiego, urodzony w 1986 roku. Mężczyzna mieszkał na Florydzie, w oddalonym o ok. 200 km od Orlando Port Saint Lucie. Nie był dotychczas notowany.

 

 

 

Napastnik był uzbrojony w karabin automatyczny i broń krótką. Wstępne ustalenia wskazują, że działał sam. Policja zabezpieczyła samochód podejrzanego, zaparkowany przed klubem.

 

Według cytowanego przez agencję Reutera wysokiego rangą przedstawiciela FBI Mateen mógł sympatyzować z Państwem Islamskim (IS), jednak wymaga to dalszego śledztwa. Na zbliżonym do IS koncie na Twitterze ukazało się zdjęcie, na którym, jak twierdzą autorzy, znajduje się Mateen.

 

"Mężczyzna, który przeprowadził atak w klubie nocnym na Florydzie, zabijając 50 ludzi i wielu raniąc" - głosi podpis do zdjęcia.

 

Media zastrzegają, że nie można zweryfikować, czy na zdjęciu faktycznie jest Mateen. Nie ma oficjalnego oświadczenia Państwa Islamskiego w tej sprawie.

 

FBI poinformowała, że w dalszym ciągu trwa ustalanie, czy zbrodnię należy uznać za przestępstwo nienawiści przeciwko homoseksualistom czy akt terroru. Jak zapewniono, w Orlando i okolicach nie ma już żadnego zagrożenia.

 

Tata sprawcy przeprasza

 

Ojciec sprawcy, Mir Seddique, oświadczył w telewizji NBC, że zbrodnia "nie ma nic wspólnego z religią"; w imieniu swojej rodziny złożył przeprosiny. Wyjaśnił, że syn kilka razy wpadł we wściekłość, gdy mężczyźni obejmowali się na oczach jego żony i syna.

 

Władze pozwoliły miejscowemu imamowi wystąpić na konferencji prasowej. Zaapelował on o spokój i wezwał ludność i media, by nie wyciągać pochopnych wniosków na temat motywu sprawcy.

 

Biały Dom oświadczył, że prezydent Barack Obama został poinformowany o strzelaninie i zażądał od władz federalnych "zapewnienia wszelkiej niezbędnej pomocy".

 

Do incydentu doszło w nocnym klubie dla gejów o nazwie Pulse na Florydzie, tuż przed zamknięciem. Wewnątrz znajdowało się wówczas ok. 300 osób.

 

Z relacji szefa miejscowej policji Johna Miny wynika, że sprawca najpierw oddał strzały do ochroniarza pracującego w klubie, a następnie wszedł do środka i wziął zakładników. Nie jest jasne, kiedy sprawca zabił swoje ofiary. Po około trzech godzinach do budynku przedostali się funkcjonariusze specjalnej jednostki policji SWAT. Napastnik zginął w wymianie ognia z jednym z funkcjonariuszy.

 

Ok. godz. 2 czasu lokalnego na Facebooku klubu zamieszczono wpis, w którym wezwano wszystkich, by jak najszybciej opuścili budynek. "Wszyscy wyjdźcie i biegnijcie!" - napisano.

 

 

puls

 

Tragiczny weekend

 

Była to już druga strzelanina w Orlando w ostatnich dniach. W piątek późnym wieczorem 22-letnia amerykańska wokalistka Christina Grimmie, znana m.in. z występów w popularnym programie telewizyjnym "The Voice", została zastrzelona, gdy rozdawała autografy po koncercie.

 

Chwilę później jej zabójca, 27-letni mężczyzna, popełnił samobójstwo. Motywy jego działania wciąż nie są znane. Grimmie zmarła w szpitalu na skutek odniesionych obrażeń.

 

Do tej tragedii doszło w sali The Plaza Live, oddalonej o niecałe 5 km od klubu Pulse. Przedstawiciele władz twierdzą jednak, że nic nie świadczy o tym, jakoby te dwa incydenty były powiązane.

 

PAP