We wtorek sąd zakończył wysłuchiwanie "ostatniego słowa" oskarżonych, po czym ogłosił termin publikacji wyroku. Wcześniej oddalił kilka wniosków, m.in. o wznowienie przewodu sądowego, czego domagał się jeden z oskarżonych i jego obrońca.

 
Pawilon MTK zawalił się w styczniu 2006 r. podczas wystawy gołębi pocztowych. Zginęło 65 osób, a ponad 140 zostało rannych, 26 z nich doznało ciężkich obrażeń. Na dachu hali zalegała warstwa śniegu i lodu. W procesie odpowiada 9 osób - m.in. byli członkowie zarządu MTK, przedstawiciele firmy, która wybudowała halę i autor projektu wykonawczego.

 
Siedem lat "łaski, tolerancji i cierpliwości"


Przed ogłoszeniem terminu wyroku swe wystąpienia końcowe wygłosiła reszta oskarżonych. Najdłużej, przez kilka godzin, przemawiał były członek zarządu MTK Nowozelandczyk Bruce R. Rozpoczął od złożenia kondolencji rodzinom ofiar i wyrazów współczucia poszkodowanym i ich bliskim. Poprosił też o uczciwe osądzenie, dziękując sądowi za siedem lat "łaski, tolerancji i cierpliwości”.

 

Bruce R. podkreślał, że sam nie zajmował się sprawami technicznymi, te obowiązki należały do podlegających mu pracowników, do których miał pełne zaufanie. Jak powtarzał, był przekonany, że są kompetentni i sumienni. Dodał, że w okresie, gdy doszło do katastrofy, zasiadał w zarządach kilku firm w różnych krajach, w Katowicach był tylko 1-2 dni w miesiącu.

 
Bruce R. nie wiedział, że hala grozi zawaleniem

 

Jak zapewniał oskarżony, nigdy nie miał wiedzy, że hala grozi zawaleniem - nikt nigdy nie informował go o tym, że największy, powstały w 2000 r. pawilon MTK został wybudowany niezgodnie z pierwotnym projektem i gdyby miał świadomość zagrożenia, natychmiast wyłączyłby ten obiekt z użytkowania.

 
- Gdybym był świadom konieczności działania, działałbym tak, by chronić zdrowie, życie i majątek ludzi - podkreślił. Zacytował też sms od córki, w którym wyraziła przekonanie, że szefowie MTK nie mogli zdawać sobie sprawy z niebezpieczeństwa, bo nikt nie jest na tyle głupi, by ponosić takie ryzyko. - Zgadzam się z tym - powiedział Bruce R.

  
Przekonywał, że kilka tygodni przed katastrofą przesłano mu informację, że dach jest odśnieżony w dwóch trzecich i zapewnienie, że pracownicy nadal będą wykonywać swoje obowiązki.

 
Nowozelandczyk zaznaczył, że nie uchyla się od odpowiedzialności związanej z pełnieniem funkcji członka zarządu i starał się wypełniać swe obowiązki profesjonalnie, tego samego oczekując od podwładnych. Dodał, że nigdy nie unikał sądu i wyraził przekonanie, że aresztowanie go po katastrofie było efektem niewystarczającej wiedzy.

 
Ryszard Z. nie zdawał sobie sprawy z zagrożenia

 
Inny były członek zarządu MTK Ryszard Z. oświadczył, że po wysłuchaniu wystąpienia prokuratora odniósł wrażenie uczestnictwa w zupełnie innym procesie. Stanowczo zaprzeczał, że przed katastrofą zaniechano odśnieżania dachu hali, bo zabrakło środków na ten cel. Przekonywał, że przeznaczono na to znacznie więcej pieniędzy niż wcześniej zakładano.

 
Także on podkreślał, że nie zdawał sobie sprawy z zagrożenia. Wyraził opinię, że wokół hali od początku panowała swoista zmowa milczenia w środowisku architektów i biznesu. Poprzedni zarząd MTK był oburzony informacją od projektanta, że dach należy odśnieżać, jednak takiej informacji nie wprowadzono do dokumentacji, po czym spółkę sprzedano zagranicznemu inwestorowi - zaznaczył.

 
Adam H. nie brał pod uwagę "zagrożenia zawalaniem dachu hali"

 
Były dyrektor techniczny MTK Adam H. oświadczył, że nie spodziewał się, że kiedykolwiek zasiądzie na ławie oskarżonych. Podkreślał, że praca w MTK była dla niego bardzo ważna i wykonywał swe obowiązki najlepiej, jak potrafił. Także on zaznaczył, że nie brał pod uwagę zagrożenia zawalaniem dachu hali. Jak mówił, do katastrofy doszło na skutek zbiegu okoliczności, o których nie miał pojęcia, dowiedział się o nich dopiero w trakcie procesu.

 
Maria K nie miała "sygnałów, że z halą coś złego się dzieje"

 
Do winy nie przyznała się także była powiatowa inspektor nadzoru budowlanego z Chorzowa Maria K., której prokuratura zarzuca niedopełnienie obowiązków po awarii dachu hali w 2002 r. Dostała wtedy od straży pożarnej informację, że na skutek obciążenia hali śniegiem została uszkodzona belka podciągowa.

 
W emocjonalnym wystąpieniu K. podkreślała, że nie miała wiedzy o rzeczywistej skali awarii. W 2003 r. zapoznała się z dokumentacją dokonanej naprawy, przeprowadziła wizję na miejscu i zaufała wykonawcom, że prace zostały wykonane prawidłowo. Później nie miała sygnałów, że z halą coś złego się dzieje.

 
Ponad 200 rozpraw, które trwały łącznie blisko 1250 godzin

 
Katowicka prokuratura okręgowa zamknęła śledztwo w tej sprawie latem 2008 r. Proces ruszył w maju 2009 r. Z 12 oskarżonych osób na ławie oskarżonych zasiada obecnie 9. Jeden z 12 oskarżonych dobrowolnie poddał się karze, inny zmarł w trakcie procesu, a sprawa kolejnego została wyłączona do odrębnego postępowania ze względu na stan zdrowia.

 
W czasie siedmiu lat odbyło się ponad 200 rozpraw, które - jak obliczył jeden z adwokatów - trwały łącznie blisko 1250 godzin. W sprawie zgromadzono 305 tomów akt. Przed sądem przesłuchano 141 świadków, zeznania wielu innych odczytano. Opinie składało pięć zespołów biegłych.

 

Prokurator chce 10 lat dla architekta


Najsurowszej kary, 10 lat więzienia, prokurator zażądała dla Jacka J. - autora projektu wykonawczego hali. Został on oskarżony o umyślne sprowadzenie bezpośredniego niebezpieczeństwa katastrofy oraz samej katastrofy. Takie same zarzuty ciążą na autorze projektu konstrukcji żelbetowej Szczepanie K., który jednak został wyłączony z głównego procesu.

 
Dla byłych szefów spółki MTK, budowniczych pawilonu i rzeczoznawcy budowlanego, który wydał ekspertyzę po jednej z awarii hali, prokuratura żąda po 6 lat pozbawienia wolności. Takiej samej kary prokuratura domaga się dla Marii K.

 
Biegli: błędy w projekcie wykonawczym

 

Z opinii biegłych wynika, że główną przyczyną katastrofy były błędy w projekcie wykonawczym pawilonu. Odbiegał on znacząco od sporządzonego prawidłowo projektu budowlanego. Aby ograniczyć koszty, projektanci błędnie określili współczynnik kształtu dachu, błędnie też zaprojektowali przykrycie dachowe i słupy podtrzymujące konstrukcję.

 
Od początku wady hali MTK wychodziły na jaw. Do pierwszej awarii doszło jeszcze w trakcie jej budowy - w styczniu 2000 r. Już wtedy konstrukcja dachu ugięła się pod naporem śniegu. Przedstawiciele generalnego wykonawcy hali nie wpisali tego do dziennika budowy i nie powiadomili inspektora nadzoru budowlanego - podawała prokuratura, która uważa, że ci oskarżeni powinni byli zweryfikować projekt wykonawczy i wzmocnić konstrukcję hali. Usłyszeli zarzuty sprowadzenia bezpośredniego niebezpieczeństwa zaistnienia katastrofy budowlanej i sprowadzenia samej katastrofy.

 
Dwa lata później dach hali znowu się ugiął, zerwały się śruby podtrzymujące dźwigary i konieczna była naprawa. Dokonano jej na podstawie ekspertyzy rzeczoznawcy budowlanego Grzegorza S. Zdaniem prokuratury nie zweryfikował on całości obliczeń statycznych pawilonu, nie sprawdził pozostałych dźwigarów, a jedynie ten uszkodzony. Zdaniem oskarżenia, powinien S. był wystąpić o rozbiórkę pawilonu. Prokuratura zarzuca mu sprowadzenie niebezpieczeństwa katastrofy.

 
Prokuratura: Bruce R., Ryszard Z. i Adam H. mieli świadomość zagrożenia

 

Według prokuratury, kiedy na krótko przed katastrofą dach hali po raz kolejny ugiął się pod naporem śniegu, członkowie zarządu MTK - Bruce R. oraz Ryszard Z. i dyrektor techniczny spółki Adam H. mieli świadomość zagrożenia, a mimo to nie zrobili niczego, by je zażegnać. Według oskarżenia, wiedzieli, że to kolejna awaria dachu, a rzeczoznawca ostrzegał przed niebezpieczeństwem. Prokuratura zarzuciła im umyślne sprowadzenie niebezpieczeństwa katastrofy oraz nieumyślne doprowadzenie do niej.

 
PAP