Narada składu sędziowskiego trwała ponad osiem godzin.


13 stycznia 2012 roku wycieczkowiec z ponad 4 200 osobami na pokładzie (w tym 3 216 pasażerami), który wypłynął tego dnia w rejs po Morzu Śródziemnym, uderzył o podmorskie skały w pobliżu wyspy Giglio w Toskanii, ponieważ za blisko do niej podpłynął. Odpowiedzialnością za to obarczono kapitana, który nakazał wykonanie manewru zbliżenia się do wyspy.


Wyrok w pierwszej instancji zapadł w lutym zeszłego roku w mieście Grosseto. Sąd skazał go na 16 lat więzienia za doprowadzenie do katastrofy gigantycznego wycieczkowca oraz spowodowanie śmierci i obrażeń u wielu osób. Ponadto nakazał kapitanowi wypłatę gigantycznego odszkodowania rodzinom ofiar, pasażerom statku, władzom Toskanii, gdzie doszło do katastrofy.


Apelację od tego wyroku złożyła zarówno jego obrona, domagając się uniewinnienia, jak i prokuratura, która w pierwszej instancji domagała się 26 lat więzienia. W procesie apelacyjnym zażądała zaś kary 27 lat.


Uciekł przed zakończeniem ewakuacji


W liczącym 500 stron uzasadnieniu wyroku pierwszej instancji sąd podkreślił, że podpłynięcie do wyspy Giglio było czynem "przestępczym". Według sądu można byłoby uniknąć ofiar śmiertelnych, gdyby w sytuacji alarmowej, do jakiej doszło po uderzeniu statku o podmorskie skały, postępowano zgodnie z obowiązującymi procedurami.


Tymczasem, jak się przypomina, Schettino opóźniał moment ogłoszenia alarmu na pokładzie i próbował zataić katastrofę przed władzami morskimi informując początkowo pobliski kapitanat jedynie o awarii prądu. Potem uciekł z pokładu jeszcze przed zakończeniem ewakuacji pasażerów i członków załogi.


Francesco Schettino nie był obecny w sądzie we Florencji w chwili ogłoszenia wyroku. Od początku postępowania twierdził, że jest niewinny i zapewniał, że to dzięki jego decyzji wykonano manewr, który pozwolił uniknąć jeszcze większej liczby ofiar.


Wcześniej wyraził też żal z powodu katastrofy.

 

PAP