Maduro wystąpił z zapowiedzią manewrów wenezuelskich sił zbrojnych w sobotę wieczorem czasu miejscowego. Dwa dni wcześniej oświadczył w przemówieniu radiowym, wygłoszonym z pałacu prezydenckiego Miraflores w Caracas, że "zamach stanu w Brazylii", jak nazwał odsunięcie od władzy brazylijskiej prezydent Dilmy Rousseff, jest niepokojącym sygnałem dla całego kontynentu.

 

- Teraz ruszają po Wenezuelę - powiedział następca Hugo Chaveza, sugerując, że wydarzenia te są inspirowane "z Północy" (tj. z USA), a celem poczynań ma być osłabienie wpływów grupy BRICS (Brazylia, Rosja, Indie, Chiny, Afryka Południowa) w Ameryce Łacińskiej, jak również podkopanie instytucji latynoamerykańskich.

 

Według Maduro w przygotowanie działań "zagranicznych armii" przeciwko Wenezueli czynnie zaangażował się prezydent sąsiedniej Kolumbii Alvaro Uribe.

 

"Bomba, która może w każdej chwili wybuchnąć"

 

O przezwyciężenie kryzysu politycznego w Wenezueli za pomocą referendum, które doprowadziłoby do odwołania Maduro z urzędu prezydenta, zabiega intensywnie uznany lider wenezuelskiej opozycji, dwukrotny kandydat w wyborach prezydenckich Henrique Capriles.

 

- Kraj przypomina bombę, która może wybuchnąć w każdej chwili - ostrzegał Capriles w związku z manewrami wojskowymi przygotowywanymi w sytuacji, gdy wobec trzycyfrowej inflacji i dotkliwych braków rynkowych gwałtownie wzbierają nastroje niezadowolenia wśród ludności Wenezueli.

 

Celem, jaki stawia sobie opozycja, jest zmuszenie Krajowej Komisji Wyborczej(CNE) do szybszego zakończenia weryfikacji prawie dwóch milionów podpisów złożonych przez wenezuelskich wyborców pod żądaniem przeprowadzenia referendum w sprawie odwołania Maduro.

 

Opozycja, która dostarczyła CNE listy z podpisami pod żądaniem referendum w dniu 2 maja, obawia się, że Komisja szykuje jakiś manewr prawny, aby maksymalnie przedłużyć i jeszcze bardziej skomplikować i tak już bardzo złożony regulamin referendum odwoławczego.

 

PAP