Pani prezydent zarzuca się, że pożyczała pieniądze z państwowych banków, by łatać dziury budżetowe, maskując w ten sposób skalę problemów gospodarczych Brazylii. W ten sposób Rousseff zwiększała swe szanse na reelekcję w 2014 roku; prezydent zaprzecza tym oskarżeniom.

 

Bez fotoreporterów i dziennikarzy

 

Przez szacunek dla dotychczasowej prezydent, jak oficjalnie poinformowano, nie zezwolono na obecność fotoreporterów i dziennikarzy podczas wręczania pani Rousseff powiadomienia o impeachmencie.

 

W chwili gdy opuszczała Pałac Planalto, siedzibę prezydencką w Brasilii, manifestowały swe poparcie dla niej blisko trzy tysiące zwolenników z Partii Pracujących (PT), którzy otoczyli ją z wszystkich stron.

 

Media brazylijskie odnotowały, że Dilma Rousseff nie wyszła z pałacu oficjalnym wejściem, którym opuszczają go prezydenci kończący swój mandat, ponieważ chciała w ten sposób zamanifestować, jak już to zapowiedziała, że będzie walczyć o powrót na stanowisko.

 

"Zostałam ukarana za zbrodnię, której nie popełniłam"

 

Odsunięta od sprawowania władzy w trakcie drugiej kadencji prezydenckiej, Dilma Rousseff, która pojawiła się w towarzystwie swych dotychczasowych ministrów i najbliższych współpracowników, oświadczyła: "Zostałam ukarana za zbrodnię, której nie popełniłam." Ponownie porównała odsunięcie jej od sprawowania prezydentury do "golpe", czyli zamachu stanu, i zapowiedziała, że "walka o demokrację w Brazylii nie zakończy się".

 

Rousseff, zawieszona w czwartek w sprawowaniu swego urzędu na 180 dni - tyle może trwać otwarte przez Senat postepowanie sądowe przeciwko niej - oświadczyła, że w toku tego procesu "ważyć się będzie przyszłość kraju". Przypomniała, że na drugą kadencję została wybrana w 2014 roku głosami 54 milionów Brazylijczyków. - Gra toczy się teraz nie tyle o mój mandat, ile o poszanowanie wyników wyborów, woli wyrażonej przez lud, o konstytucję - dodała.

 

"Będę walczyć wszystkimi środkami prawnymi"

 

Dilma Rousseff wyraziła też obawę o los zdobyczy socjalnych wdrożonych w Brazylii za rządów Partii Pracujących, które "dały nadzieję" najuboższym (objęły ok. 20 proc. społeczeństwa 200-milionowej Brazylii). - Będę walczyć wszystkimi środkami prawnymi, aby wypełnić mój mandat prezydencki do końca - mówiła.

 

W dziesięć minut po tym, gdy Rousseff opuściła swój gabinet, przedstawiciel Senatu wręczył Michelowi Temerowi oficjalne pismo, które powołuje go na 180 dni do "tymczasowego sprawowania funkcji prezydenta". Główne brazylijskie media zastanawiają się, czy Temer spełni nadzieje, jakie pokładają w nim rynki finansowe w sytuacji, gdy prognozy zapowiadają spadek brazylijskiego PKB w tym roku o 3,8 proc. oraz pogłębiającą się inflację.

 

Wiceprezydent także z zarzutami

 

Jeśli po senackim procesie Rousseff zostanie całkowicie odsunięta od władzy, do czego konieczne będzie poparcie 54 z 81 senatorów, Temer będzie pełnił funkcję szefa państwa do końca kadencji, czyli do końca 2018 roku. Jednak nad nim również wisi widmo impeachmentu pod podobnymi zarzutami co te stawiane Rousseff, która zresztą oskarżyła wiceprezydenta o udział w zamachu stanu.

 

Izba niższa parlamentu Brazylii, Izba Deputowanych, już pod koniec 2015 roku przyjęła wniosek o impeachment wobec Rousseff, a 17 kwietnia znaczną większością głosów opowiedziała się za rozpoczęciem procesu w Senacie.

 

Rousseff z poparciem zaledwie 10 proc.

 

Większość obserwatorów obecnie widzi niewielkie szanse na to, by Senat ostatecznie uniewinnił panią prezydent. Analitycy, politycy i media spisały Rousseff na straty jako przywódczynię, która nie była w stanie odzyskać zaufania inwestorów i zjednoczyć wokół siebie parlament.

 

Według najnowszych sondaży poparcie dla Rousseff jest rekordowo niskie i oscyluje wokół 10 proc., a odsunięcia jej od władzy chce ponad 60 proc. Brazylijczyków.

 

PAP