SNP znalazła się na prowadzeniu po raz trzeci z rzędu, ale straciła liczbę mandatów wobec 2011 roku, kiedy miała ich 69. Przy tworzeniu rządu będzie musiała liczyć na mniejsze partie, jak Zieloni, którzy uzyskali sześć mandatów (wzrost o cztery).

 

Konserwatyści mają o 16 miejsc więcej niż po wyborach w 2011 roku - 31. Laburzyści stracili z kolei 13 mandatów i wprowadzą do parlamentu Szkocji 24 deputowanych. Wybory samorządowe uznawane były za test dla partii pod wodzą Jeremy'ego Corbyna.

 

"Super Czwartek"

 

Przywódczyni SNP Nicola Sturgeon ogłosiła w piątek "historyczne zwycięstwo". Zastrzegła wówczas, że "nie przeliczono jeszcze wszystkich głosów, ale już jest jasne", że SNP wygrała trzecie wybory z rzędu.

 

Dzień wcześniej w ramach wyborczego maratonu, okrzykniętego "Super Czwartkiem", mieszkańcy Wielkiej Brytanii wybierali m.in. nowego burmistrza Londynu, a w Walii, Szkocji i Irlandii Północnej - deputowanych do narodowych parlamentów.

 

W piątek rano SNP miała zapewnionych 58 mandatów po przeliczeniu głosów dotyczących ok. 90 mandatów; w sumie w parlamencie Szkocji zasiada 129 deputowanych. Konserwatyści według wstępnych szacunków zdobyli 15 miejsc, Partia Pracy - 11, a Liberalni Demokraci i Zieloni - po cztery.

 

Mocne odbicie od dna

 

- SNP wygrała trzecie z rzędu wybory do parlamentu Szkocji. To nie wydarzyło się nigdy wcześniej w historii szkockiego parlamentu - mówiła Sturgeon.

 

Zaledwie 20 miesięcy po przegranym referendum w sprawie niepodległości Szkocka Partia Narodowa cieszy się skokiem poparcia w sondażach.

 

SNP zapowiadała, że w przypadku ewentualnego wystąpienia Wielkiej Brytanii z UE w następstwie referendum z 23 czerwca będzie nalegać na powtórzenie referendum niepodległościowego.

 

PAP