- Rząd stwierdził, że nie będzie wykonywał orzeczenia sądu konstytucyjnego. To jest skandal - ocenił Adrian Zandberg. 


Zauważył, że problem polega na tym, że jeśli PiS będzie "cały czas uparcie odmawiało przestrzegania prawa, to zwykli ludzie zaczną odczuwać skutki tej sytuacji".


- Mamy sytuację, że sądy i część samorządów uznaje orzeczenia TK za obowiązujące. Z drugiej strony administracja rządowa i prokuratura będą udawać, że tych orzeczeń nie ma. Zwykli ludzie stracą pewność co do tego jakie obowiązuje prawo - tłumaczył polityk lewicy.


- Na przykład wejdzie w życie ustawa medialna z opłatą 15 zł doliczaną do rachunku za elektryczność. I powiedzmy, że TK orzeknie, iż ta ustawa jest niekonstytucyjna. To zwykli ludzie będą musieli płacić czy nie? – zastanawiał się Zandberg.


Marsz 7 maja prawdopodobnie bez Razem


Adrian Zandberg nie odpowiedział wprost na pytanie czy członkowie jego ugrupowania pójdą w proeuropejskim marszu 7 maja. Sugerował jednak, że z głównymi organizatorami tej manifestacji, politykami PO, mu jednak nie po drodze.


- Mam problem, że politycy PO chcą się przedstawić jako jednoznacznie proeuropejska siła, bo pamiętam, że PO,  gdy rządziła miała trudności z akceptacją europejskiej Karty Praw Podstawowych - argumentował.


"Jesteśmy i będziemy w Europie" to hasło marszu, który 7 maja ma przejść ulicami stolicy. Do wspólnego zamanifestowania "przywiązania do wartości demokratycznych oraz pokazania nowoczesnego patriotyzmu" wezwali liderzy PO, Nowoczesnej, PSL, części lewicy pozaparlamentarnej i Komitetu Obrony Demokracji.


Trasa prowadzi sprzed siedziby Trybunału Konstytucyjnego na plac Piłsudskiego.